Kręcąc Żółtodzioba, Clint Eastwood był jeszcze przed swoimi największymi sukcesami reżyserskimi, chociaż posiadał już spore reżyserskie portfolio. Jego szczyt sławy i nieprzerwana na nim obecność aż do dzisiaj miały dopiero nadejść w 1992 roku, gdy zrealizował Bez przebaczenia. Do tej pory odważnie badał w ramach kina sensacyjnego, na co może sobie pozwolić, realizując po swojemu film akcji, w którym bohaterowie rozmawiają ze sobą więcej, niż przeciętnie się to zdarza w tego typu produkcjach, oraz nie udają superbohaterów. Kino akcji w wydaniu Clinta Eastwooda, z nim w roli głównej, jest dużo bardziej realne niż karkołomne wybryki np. Punishera czy Johna Rambo. To jednak nie oznacza, że Clint Eastwood przerobił film sensacyjny na dramat oparty na faktach. W jego filmach z tego gatunku również da się znaleźć mnóstwo skrótów myślowych oraz właściwych dla kina akcji naiwności i nieprawdopodobieństw. Trzeba jedynie uważniej pewnym sensie Żółtodziób jest odcinaniem kuponów od sławy zyskanej niegdyś przez Brudnego Harry’ego. Clint Eastwood długo nie mógł się od niego uwolnić. Zawód reżysera, którym bardziej aktywnie zajął się od lat 90., zapewnił mu szansę wyrwania się z szufladkującego miana twardziela dzierżącego w ręce śmiercionośne magnum. Oczywiście nie zrezygnował z twardych wizerunków ludzi walczących bohatersko o coraz bardziej zapominaną w społeczeństwie ideę sprawiedliwości. Uzupełnił ją jednak o obraz człowieka coraz bardziej zmęczonego tą walką. Nick Pulovski, kolejny bohater w karierze Eastwooda o polskich korzeniach, nosi w sobie to zgorzknienie, chociaż jeszcze nie w takim głębokim i filozoficznym sensie, co bohaterowie tworzeni przez Eastwooda w XXI Pulovski został przeciwstawiony młodemu policjantowi – tytułowemu Żółtodziobowi – któremu marzyła się wielka kariera śledczego. Ale jeśli ktoś z widzów na początku spodziewał się, że David Ackerman, syn bogatego biznesmena, będzie od samego początku totalną fajtłapą, grubo się pomyli. Jest przepisowy, nieco spięty, ale szybko zaczynamy rozumieć, że to zestawienie dwóch postaci nie służy temu, by wyśmiać młodego policjanta. Ten starszy już odchodzi. Eastwood nie widział dla Pulovskiego miejsca na ulicy, dlatego dał mu sprawnego i odważnego, aczkolwiek mniej doświadczonego partnera. Z tej perspektywy możemy spojrzeć na zawsze twardego i niezłomnego Eastwooda jak na człowieka, a nie superherosa z klasycznego kina akcji. To jedna z najważniejszych cech Żółtodzioba sprawiających, że ogląda się go z niemałym jest brak monotonii w akcji. Fabuła opiera się na kilku wątkach – poszukiwania zabójcy partnera Pulovskiego, relacja między Pulovskim a Ackermanem oraz sytuacja samego Ackermana, jego rozterki, brak zrozumienia ze strony ojca i poczucie winy spowodowane przyczynieniem się do śmierci brata w dzieciństwie. Wszystko to w czasie dwugodzinnego seansu zostało wzbogacone pościgami samochodowymi, uprowadzeniem Pulovskiego, które przebiegało dość ciekawie również pod względem erotycznym, oraz brutalnym dojrzewaniem Ackermana do wygarnięcia ojcu duszonego przez lata bólu. Polecam wszystkim widzom, którzy nigdy nie widzieli Żółtodzioba, zatrzymanie się i kilkukrotne obejrzenie zwłaszcza dwóch scen, które są aktorskimi majstersztykami – brawurowe wejście Charliego Sheena do knajpy motocyklowej o wdzięcznej nazwie „Casa Blanca” oraz „napięte” stosunki Clinta Eastwooda z Liesl (Sônia Braga), śmiercionośną dziewczyną antagonisty Stroma (Raúl Juliá). Ta ostatnia sytuacja rozgrywa się w ciekawej scenerii. Bohaterów otaczają monitory, a kamera co chwilę pokazuje ich osobliwą relację poprzez monochromatyczny obraz kineskopowych jeszcze do końca nie zdajemy sobie sprawy, jak reżyser zdecydował się rozegrać role psychologiczne bohaterów, możemy odnieść wrażenie, że Eastwood będzie tym złym policjantem, a Sheen dobrym. Z biegiem czasu jednak przekonamy się, że geniusz reżysera Bez przebaczenia polegał na tym, że Sheenowi została przyporządkowana rola młodej wersji swojego starszego partnera. Obydwaj są tymi złymi glinami, z tym że jeden odchodzi ze sceny, a drugi na niej pozostaje. Gdyby tak spojrzeć obiektywnie na to, co jako policjanci wyprawiali, trudno by było uwierzyć, że są „dobrzy”, oraz że w ogóle pracują w policji i jeszcze nie skończyli w więzieniu. Takie mamy dzisiaj zasady działania tej już rozbrojonym przestępcom w głowy raczej by nie przeszło. Demolowanie barów i podpalanie barmana również. Żółtodziób nie ustrzegł się także typowych dla kina akcji skrótów myślowych i nieprawdopodobieństw. Pod tym względem Clint Eastwood sprytnie potrafi udawać, że kręci filmy bardziej realistyczne niż przeciętna opowieść spod znaku Jasona Stathama czy Sylvestra Stallone’a. Nieścisłości zaczynają się już na początku, gdy ze swoim partnerem (tym pierwszym) Pulovski podjeżdża do ciężarówki z kradzionymi samochodami. Na widoku jest trzech przestępców, a w szoferce zapewne przynajmniej jeszcze jeden. Szczytem kompletnego braku profesjonalizmu jest nie tylko próba ich aresztowania, ale i rozdzielenie się podczas kontroli. Pulovski zostaje sam z trzema typami, a jego partner idzie sprawdzić szoferkę ciężarówki. To jasne, że zginie. Pulovski mógł mieć pretensje tylko do siebie, gdyż to on sprowadził na kolegę śmiertelne wspomnieć jeszcze przynajmniej o kilku fabularnych naciągnięciach logiki, np. efekt strzelania ofiarom z bliska w głowę, gdy z tyłu kulą się przelęknieni ludzie, ale zachęcam do samodzielnych poszukiwań. Generalnie kino akcji ocieka niemającymi nic wspólnego z realizmem sytuacjami, natomiast Żółtodziób pozuje na dojrzalszy, prawdziwszy obraz. Przyznam się, że można w tę symulację rzeczywistości uwierzyć. Ogromna w tym zasługa kultu twardziela, który niegdyś otaczał Clinta Eastwooda. Mam nadzieję, że dzisiaj widzowie, znając trochę lepiej jego życie pozafilmowe, spoglądają na niego dużo ostrzej. Legenda Eastwooda dawno powinna przyodziać się w bardziej skłonne do upadku, ludzkie fatałaszki. Tak na marginesie, to się dobrali z Charliem Sheenem, tyle że ten ostatni zapłacił za swoje podboje zakażeniem wirusem HIV. Chciałoby się powiedzieć, że poza kamerą niezły żółtodziób z tego Eastwooda.
polski arabski niemiecki angielski hiszpański francuski hebrajski włoski japoński holenderski polski portugalski rumuński rosyjski szwedzki turecki ukraiński chiński angielski Synonimy arabski niemiecki angielski hiszpański francuski hebrajski włoski japoński holenderski polski portugalski rumuński rosyjski szwedzki turecki ukraiński chiński ukraiński Wyniki mogą zawierać przykłady wyrażeń wulgarnych. Wyniki mogą zawierać przykłady wyrażeń potocznych. Posłuchaj mnie uważnie - jescze raz się do niej zbliżysz, zobaczysz co znaczy zły glina. Now hear me good - you come near her again, you'll wish it was a billy club. Przez cały dzień dawałem się traktować, jak ten zły glina. I spent my entire day getting treated like the bad guy. Zagrajmy, zły glina, dobry glina. We can... sell that. Drzwi otworzyła mi funkcjonariuszka Betsy Blees... ćwiczyła właśnie ze Streebekiem grę dobry i zły glina. Będę cię niby hamował, zły glina i dobry glina. You go after him, I pull you off. Zły glina zawsze bardziej pociągający. Ktoś musi być, bo zły glina + zły glina =to nie działa. $30,000, plus delivery and tax and a biannual tuning fee. Dobry glina - zły glina spisał się znakomicie. The cups to do Capuchin they function very well. Raczej zły glina i straszny policjant, McGee. She collapsed; her lips are blue; And she's barely her lips and tongue swollen? Czyli zły glina, gorsiejszy glina... Okay, wait a second. is - is this a date? Miał na myśli, że nie rozumiecie pary, dobry i zły glina. Więc jaki jest plan, Dobry i zły glina? Robimy numer z dobry glina-zły glina. Nie znaleziono wyników dla tego znaczenia. Wyniki: 15. Pasujących: 15. Czas odpowiedzi: 37 ms. Documents Rozwiązania dla firm Koniugacja Synonimy Korektor Informacje o nas i pomoc Wykaz słów: 1-300, 301-600, 601-900Wykaz zwrotów: 1-400, 401-800, 801-1200Wykaz wyrażeń: 1-400, 401-800, 801-1200
Dobry Glina, Zły Glina to dynamiczna gra ukrytych tożsamości, w której gracze wcielają się w uczciwych i skorumpowanych policjantów. Ich zadaniem jest odkryć, kto jest kim oraz wyeliminować szefa wrogiej grupy. Korupcja przeniknęła struktury policji. Herszt sprzedajnych gliniarzy musi zostać zneutralizowany zanim jego ludzie dobiorą się do Twojego Agenta. Nie poradzisz sobie w pojedynkę, ale nie wiesz, komu możesz zaufać. Przeprowadź śledztwo, aby dowiedzieć się, kto jest kim, ale działaj szybko, bo broni nie wystarczy dla Glina, Zły Glina to dynamiczna gra ukrytych tożsamości, w której gracze wcielają się w uczciwych i skorumpowanych policjantów. Ich zadaniem jest odkryć, kto jest kim oraz wyeliminować szefa wrogiej grupy. Dużą regrywalność gwarantują karty przedmiotów, dzięki którym spotkanie twarzą w twarz z przeciwnikiem jest ekscytujące. Mnóstwo emocji, krótki czas rozgrywki i imprezowy charakter sprawiają, że Dobry Glina, Zły Glina to idealny pomysł na spotkanie w większej grupie pudełka: Gatunek: Komedia,Western, Akcja filmu rozgrywa się w 1930 w roku w okupowanej przez Japończyków Mandżurii. Złodziej Tae-gu (The Weird) w zuchwały sposób napada na japoński pociąg…Technika negocjacyjna „dobry i zły glina”, „dobry i zły policjant” Powszechnie znana i przez to ryzykowna do stosowania technika rodem z negocjacji wygrany-przegrany. Polega na wcieleniu się osób będących po jednej stronie w role tzw. dobrego gliny (przyjazny, opiekuńczy, dążący do porozumienia, sprawiający miłe wrażenie) […]
Dowiesz się czym jest self-coaching i dlaczego warto go stosować, skąd brać motywację do sprzedaży, jak wyznaczać cele, nauczysz się także analizy grupy docelowej. Ponadto dorzucam sporą dawkę wiedzy o konkretnych technikach sprzedaży, między innymi technika Colombo, czy dobry i zły glina.
Im dłużej zagłębiam się w świat gier planszowych, tym bardziej dostrzegam pewien konkretny podgatunek gier z kategorii tych imprezowych. Obok rozmaitego grona rozgrywek słownych, „okołokalamburowych” lub tych zmuszających do wyobraźni, istnieje jeszcze specjalne grono. Cechą wspólną wszystkich tytułów wchodzących w jego skład jest atmosfera tajemnicy, rywalizacji dobra ze złem, a także ukrytych tożsamości. Czy gra Dobry Glina Zły Glina właśnie należy do tej kategorii? I tak, i nie. Muszę przyznać, że mam słabość do tych gier, co już zasygnalizowałem pisząc recenzję Avalona. Kłamstwa, zagrywki, manipulacja, kręci mnie to. Mam nadzieję, że teraz drogi czytelniku nie postawisz mnie w totalnie ciemnych barwach. Ja po prostu lubię takie klimaty, w filmach, serialach i książkach. A także grach. Dlatego z ogromną radością przyjąłem w prezencie urodzinowym Dobrego Glinę…, wydanego przez Fullcap Games. I muszę przyznać, że za mną już kilkanaście bardzo sympatycznych rozgrywek. Dobry Glina Zły Glina / fot. Przystanek Planszówka Sympatyczne grafiki Pierwsze wrażenie po otwarciu niewielkiego, aczkolwiek ładnego pudełka jest pozytywne. W środku znajdziemy dosłownie malutką książeczkę z instrukcją, a także sporo kart. Jeśli miałbym jakoś scharakteryzować grafiki, porównałbym je do dobrej kreskówki. Po prostu, wygląda to bardzo przyjemnie, w żaden sposób nie razi, a nawet bardzo dobrze komponuje się z klimatem rozgrywki, który ma być przede wszystkim imprezowy i pełny śmiechu. Dobry Glina Zły Glina / fot. Przystanek Planszówka Nie ruszaj się, wyjdź z podniesionymi rękami Dobry Glina Zły Glina to karcianka przeznaczona dla liczby od czterech do ośmiu osób. Na początku rozgrywki każdy z graczy losuje po trzy karty tożsamości. W zależności od układu, dany gracz zostaje przydzielony do konkretnej drużyny (Źli lub Dobrzy). Oczywiście, cała zabawa polega na tym, że na początku nikt nie zna tożsamości innych graczy, te dopiero poznaje się w trakcie gry za pomocą różnych ruchów lub specjalnych kart akcji. Zadaniem jednej i drugiej ekipy jest wyeliminowanie szefów za pomocą pistoletów. Proste? Owszem, ale niesamowicie zabawne. Dobry Glina Zły Glina / fot. Przystanek Planszówka Fenomen gry polega przede wszystkim na negatywnej interakcji. W tym niewielkim pudelku jest jej po prostu mnóstwo. A to dostajemy karty, które pozwalają nam zabrać komuś pistolet, a to możemy na końcu rozgrywki zmienić komuś przynależność do ekipy (czasem pozbawiając rzutem na taśmę udziału w zwycięstwie). Samo wyciągnięcie giwery to tylko połowa „sukcesu”. Trzeba jeszcze oddać strzał. A to wcale nie okazuje się takie łatwe. Krótko mówiąc, z jednej strony negatywna interakcja, ale z drugiej gwarancja śmiechu i humoru. Wszystko gwarantuje nam masa kart przedmiotów, z których możemy korzystać w trakcie partii. Większość z nich to przedmioty kojarzące się z klimatem policyjnym (np. pies policyjny, monitoring etc.), wszak walka dwóch frakcji to pojedynek uczciwych gliniarzy ze sprzedawczykami. Trochę taka Infiltracja z Di Caprio i Damonem, lecz na wesoło. Dobry Glina Zły Glina / fot. Przystanek Planszówka Lubię gry, w których zasady są dość precyzyjnie wyjaśnione i konkretne. W tej nie ma z tym absolutnie żadnego problemu. Wszystkie karty jasno i klarownie tłumaczą graczowi co powinien zrobić, w efekcie czego wyjaśnienie i zrozumienie gry zajmuje nie więcej niż minutę. I nie trzeba praktycznie rozgrywać tzw. partii próbnej, od razu można ze sobą walczyć. Regrywalność jest? I tak i nie. Z jednej strony przyjemnie grało nam się za każdym razem po dwie-trzy partie, ale z drugiej strony łącznie nad tytułem spędzaliśmy góra jakieś 30 minut. Jeśli miałbym coś powiedzieć o Dobrym i Złym Glinie, to musiałbym wskazać na jej tzw. „przerywnikowy” charakter. Nie będzie to raczej główny tytuł planszówkowego wieczoru, raczej coś, przy czym chętnie odpoczniemy od chwilowego rozgrzania mózgownicy. Rozgrywka nie zmusi nas do głębokiej analizy, lecz luźnych ruchów, a także głębokiego relaksu i śmiechu. Ja to kupuję. Dobry Glina Zły Glina / fot. Przystanek Planszówka To teraz standardowo kilka luźnych spostrzeżeń ode mnie: Zdecydowanie gra nabiera kolorytu w większym gronie. Co prawda na pudełku jest mowa już o czwórce graczy, sugerujemy jednak przetestować grę tak przy sześciu osobach wzwyż. Wtedy jest nieco ciekawiej, dynamiczniej. I jak ktoś lubi, może trochę przedłużyć grę dedukcją. Klimat jest przyjemny. Może nie ma tutaj wielkiego wczucia się w rolę policjantów, ale jak ktoś się postara, bez trudu może zbudować odpowiednią atmosferę. Klucz leży w naszej wyobraźni. Sam zresztą motyw gliniarzy budzi we mnie delikatną sugestię. A może jakaś planszówka rodem z 13 Posterunku lub Akademii Policyjnej? Czegoś takiego, chyba jeszcze nie było, a gwarantowałoby dużo śmiechu. By regrywalność była na bardzo dobry poziomie, przydałyby się dodatkowe karty postaci i przedmiotów. Tak jest na poziomie dobry, po prostu. Niezłe, ale bez wielkiej rewelacji. Cieszę się, że gra poszła innym torem niż np. Avalon, Agenci Molocha, czy Mamy Szpiega. Po prostu takich gier narracyjnych jest zwyczajnie dużo. A tak, mamy interesującą próbę rozgrywki za pomocą kart. Dobry Glina Zły Glina to niezła propozycja na wieczór w towarzystwie przyjaciół, która nie zajmie wiele czasu, a dostarczy to co fundamentalne w grach imprezowych, luz, śmiech, zabawę. Wszystko dzięki systemowi gwarantującemu negatywną interakcję. I to jaką! Kup Lego Movie Zły Glina w kategorii Klocki LEGO w sklepie Allegro - Najlepsze oferty na największej platformie handlowej. Kup Teraz!Nominacja Rexa Tillersona, prezesa naftowo-gazowego giganta ExxonMobil, na stanowisko sekretarza stanu, czyli amerykańskiego ministra spraw zagranicznych, wzbudziła kontrowersje nawet w obozie Donalda Trumpa. Paradoksalnie nikt nie odmawia temu do tej pory niezwiązanemu z dyplomacją menedżerowi doświadczenia – jako szef międzynarodowej megakorporacji miał niejednokrotnie de facto większy wpływ na światową politykę gospodarczą niż większość zawodowych dyplomatów i rutynowo negocjował z głowami państw na wszystkich chyba kontynentach wielomiliardowe umowy. Krytycy z lewa i prawa (nawet serwis któremu do niedawna szefował główny doradca Trumpa Stephen Bannon) zarzucają mu jednak zbyt przyjazne nastawienie do Rosji. Exemplum – w 2013 r. odebrał z rąk Putina Order Przyjaźni i krytykował sankcje po aneksji Krymu. Jeżeli jednak potwierdzą się pogłoski, że jego zastępcą ma zostać John Bolton, były ambasador USA przy ONZ-ecie i najwyrazistszy chyba jastrząb amerykańskiej polityki zagranicznej, będzie to oznaczało, że prezydent elekt wybrał wariant „dobry glina – zły glina” w relacjach z Rosją. Źródło:
jednak pitbulla na pewno nie przebije, nawet szykowana 2 seria.genialny radziwiliowicz, dobry stuhr i przede wszystkim wiemy jedno dobre seriel o policji robi tylko tv Imprezowa, dynamiczna gra karciana, gdzie ścierają się dwie frakcje. Dobrych gliniarzy i sprzedawczyków, którzy pracują dla mafii. Którzy zwyciężą? Kto zostanie wyeliminowany - Herszt czy Komisarz? Liczba graczy oscyluje w granicach 4-8. Jesteśmy podzieleni na dobrych i złych gliniarzy (karty tożsamości są oczywiście tajne). Fajnie wymyślona jest koncepcja jak się określa przynależność. Dostajemy trzy karty tożsamości i dołączamy do frakcji, której więcej kart mamy na ręku. Przy czym jak ktoś nas będzie chciał wyeliminować to ciągle pozostaje opcja blefu z odsłonięciem tej jednej innej karty. Gra polega na wyeliminowaniu drużyny przeciwnej w całości lub zabiciu ich szefa. Rozgrywka jest zaplanowana do 10 minut, zwykle tyle mniej więcej faktycznie trwa. Chodź zdarzały się i dłuższe, ale był to raczej wynik naszego heheszkowania w trakcie niźli samej gry. Karty są standardowo wykonane, grafiki mi się podobają. Przywodzą mi na myśl stare komiksy lub serial Archer. Nie jest to dokładnie ta sama kreska oczywiście, ale skojarzenia pozostają. Biorąc pod uwagę jak cyniczny był to serial uważam, że doskonale ta stylistyka odnajduje się w grze o konfrontacji złych i dobrych gliniarzy. Losowość wpływa na grę w stopniu umiarkowanym, interakcja jest bardzo duża (w końcu chcemy się wzajem pomordować! To zbliża ludzi). Gra jest na tyle prosta i pakowna, że bez problemu można to zabrać na wyjazd, na imprezę lub nudny wykład,ale csiii,tego ostatniego wam nie mówiłam. Relacja z warsztatów będzie później :) Tłumaczenie hasła "zły glina" na angielski. bad cop. cop/bad cop. dirty cop. Posłuchaj mnie uważnie - jescze raz się do niej zbliżysz, zobaczysz co znaczy zły glina. Now hear me good - you come near her again, you'll wish it was a billy club. Przez cały dzień dawałem się traktować, jak ten zły glina. I spent my entire day gettingNegocjacje to ciężki kawałek chleba – szczególnie dla nieprzygotowanej osoby, która zostaje rzucona na głęboką wodę. Jej szanse na powodzenie w takiej sytuacji są naprawdę niewielkie, dlatego też zanim zechcesz negocjować, dowiedz się na ten temat jak najwięcej. A absolutną podstawą wiedzy powinny być dla Ciebie techniki negocjacji – mamy ich naprawdę sporo i poznanie większości, umożliwi Ci znacznie skuteczniejsze osiąganie celów. Oczywiście techniki to jedno, ale przyda się też odpowiednie przygotowanie i znajomość faz negocjacji. O przygotowaniu i fazach negocjacji pisałem dwa wcześniejsze artykuły: Czym są negocjacje: Link 🙂 Fazy negocjacji: Link 🙂 Oczywiście również w tej kwestii możesz liczyć na moje wsparcie. Wybrałem dla Ciebie 18 technik negocjacji. To oczywiście nie wszystkie techniki negocjacji, ale prawdopodobnie wystarczą Ci, by negocjować skuteczniej, niż do tej pory! Techniki negocjacji – 18 najczęściej stosowanych technik. Dlaczego w ogóle warto stosować techniki negocjacji? Przede wszystkim dlatego, że pomagają one osiągać cele. Ich znajomość pozwoli Ci także czuć się pewniej i umożliwi wychodzenie z trudnych sytuacji. Oto 18 sprawdzonych technik negocjacji, które dopasujesz do różnych okoliczności i celów rozmów! Wysokie otwarcie Zacznijmy od klasyki negocjacji i techniki, którą zna praktycznie każdy – nawet osoby mniej doświadczone. Wysokie otwarcie polega na zaproponowaniu dużej liczby, np. wysokiej ceny produktu na samym początku negocjacji. Dzięki temu na dalszych etapach rozmów możesz zbijać cenę i osiągnąć w ostateczności taką kwotę, która i tak będzie dla Ciebie satysfakcjonująca. Uważaj jednak, by nie przesadzić – zbyt duży optymizm może narazić Cię na śmieszność albo zakończyć negocjacje, nim na dobre się zaczęły. Uwaga! Chcąc ułatwić sobie dalsze rozmowy, zaraz po podaniu wysokiej ceny, możesz szybko wymienić największe zalety produktu. Jest to technika nazywana „masażem cenowym”, która doskonale pasuje do wysokiego otwarcia. Próbny balon Na jak duże ustępstwa jest w stanie pójść druga strona? Uda Ci się to wysondować dzięki drugiej technice negocjacji. Próbny balon polega na tym, że proponujesz pozornie ostateczne rozwiązanie (często mocno zawyżone lub zaniżone), a następnie obserwujesz reakcję drugiej strony. Przykład: W przypadku, gdy cena kupowanego przez Ciebie samochodu została ustalona na 50 tys. złotych, możesz pokusić się o stwierdzenie w stylu: Czy to żart? Mogę dać co najwyższej 30 tys.!. W ten sposób często udaje się nie tylko poznać cel minimum drugiej strony, ale również zyskać dogodne ustępstwa. Rosyjski front To technika negocjacji, w której proponujesz drugiej stronie dwie możliwości. Niestety (dla oponenta) obie nie są dla niego korzystne – chodzi tutaj o to, aby pozwolić mu wybrać mniejsze zło. Istnieje szansa, że dokona wyboru, ciesząc się z tego, że w ogóle ma jakikolwiek. Nie jestem fanem, tej techniki negocjacji. Przykład: Albo cena będzie niższa o 200 zł, albo umowa krótsza o rok! Nagroda w raju Jest to technika nazywana również pozornym ustępstwem, w której proponujesz drugiej stronie pewne ustępstwa w bliżej nieokreślonej przyszłości, w zamian za konkretne korzyści dla Ciebie – tu i teraz. Przykład: Przykładów tej techniki znajdziesz wiele w przemowach politycznych, w których pada magiczne wybierz mnie, a zrobię to i to. Funkcjonuje to również w biznesie – np. sprzedajcie nam to taniej, a w przyszłości na pewno skorzystamy z waszej oferty ponownie. Opowiadałem o tej technice negocjacji, kiedy stosowali ją klienci oraz jak sobie z tym radziliśmy w tym wideo: Zdechła ryba Kolejna technika negocjacyjna jest przydatna, gdy chcesz uzyskać pewne ustępstwa bardzo niewielkim albo wręcz żadnym kosztem. Możesz bowiem przedstawić żądanie, które nie ma dla Ciebie znaczenia i z którego – w zamian za wspomniane ustępstwa – będziesz mógł się wycofać. Przykład: Kupując produkt, możesz poprosić o jakąś dodatkową usługę – kiedy sprzedawca odmówi, poproś „chociaż” o niższą cenę. Trudniej będzie mu się z tego wywinąć! Optyk z Brooklynu Jest to swojego rodzaju dozowanie napięcia poprzez stopniowe podwyższanie ceny i oczekiwanie na reakcję kupującego. Nie wie on tak naprawdę, że bierze udział w negocjacjach i dopiero jego gwałtowny sprzeciw doprowadzi do zaprzestania podwyższania ceny. Jednak to, co zdążysz ugrać, będzie już Twoje. Co ciekawe nazwa tej techniki negocjacji podobno ma swoje źródło od jednego z optyków pracujących właśnie w Brooklynie. Przykład: Przykładem jest tu rozmowa optyka z klientem, który najpierw podał cenę okularów, następnie dodał, że tyle będzie kosztować każde ze szkieł, po czym podniósł cenę o oprawki, zaproponował najnowszy, droższy model… I tak dalej, aż do pierwszego oporu klienta. Skubanie Kolejną technikę negocjacji stosuje się na ich końcu – kiedy druga strona jest już zmęczona i cieszy się tym, że rozmowy zbliżają się ku końcowi. Możesz wtedy zaproponować dodatkowy warunek, który jednak będzie niewielki i nie wpłynie na decyzję kupującego. Może mieć np. związek z dostawą produktu w określonym terminie. W życiu chyba najczęściej widzimy zastosowanie tej techniki negocjacji. Przykład: „Ok skoro mamy już wszystko uzgodnione, nie będzie dla was problemem dostarczyć to dla nas przed 30 maja, prawda?” Wycofanie oferty Kiedy natomiast negocjacje przeciągają się w nieskończoność, a Ty nie widzisz szans na ich finalizację, możesz wycofać ofertę. Dzięki temu istnieje szansa, że druga strona zostanie zmuszona do podjęcia ostatecznej decyzji. Przykład: Zaproponowałem już Panu wszystko, co mogłem – w takim razie dziękuję za poświęcony czas. *Oczywiście istnieje ryzyko braku kompromisu, jednak czasami warto zdecydować się na taki ostateczny krok. Dobry-zły glina Tą technikę negocjacji należy stosować w dwie osoby – jedna jest porywcza, trudna w komunikacji i roszczeniowa (zły glina). Druga natomiast przyjacielsko nastawiona i pomocna (dobry glina). Może ona, pod nieobecność złego partnera łatwiej nakłonić rozmówcę do ustępstw. Przykład: Zły glina: 20% to moje ostatnie słowo i tak poświęciłem na tą rozmowę zbyt wiele czasu! Druga strona: Niestety, nie możemy zgodzić się na takie warunki. Zły glina wychodzi. Dobry glina: Przepraszam za kolegę. Może dałoby się jednak coś zrobić? Druga strona: 20% to za dużo. Ale możemy zgodzić się na 10%, co Pan na to? * Uważaj, ponieważ jest to wysoce nie etyczna taktyka. Droga reputacja To technika negocjacji stosowana podczas rozmów z osobą, która dopiero rozpoczęła swoją działalność. W zamian za ustępstwa, możesz zaproponować jej np. referencje albo wystawienie dobrej opinii. Przykład: „Jeśli jednak zgodzi się Pan na przedstawione przez nas warunki, chętnie wystawimy Panu referencje. To pomoże Panu przy kolejnych zleceniach”. * Może to zabawne, ale zdarza mi się do dziś dostawać takie „cudowne propozycje” 😀 Rzekomy zwierzchnik Najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. I chociaż w tej technice nie chodzi o wykorzystywanie strachu, to bazuje na nieistniejącym zwierzchniku – dyrektorze, komisji czy bezlitosnym partnerze, który ma określone, duże wymagania. Możesz wykorzystać to do negocjowania ustępstw albo przeforsowania swoich warunków – np. po odmowie albo przedstawieniu argumentu drugiej strony, „kontaktując się” ze zwierzchnikiem. W ten sposób łatwiej będzie Ci nakłonić drugą stronę do akceptacji Twoich warunków albo wynegocjowania korzystniejszej oferty. * Bardzo podobna do tej techniki negocjacji, jest technika odwołania do wyższej instancji. Jeśli nie rozmawiasz z decydentem, może dojść do sytuacji gdzie, partner negocjacyjny powie „ok, to mi się podoba, ale potrzebuję zgody przełożonego”. W takiej sytuacji zdarza się często, że nasz partner w negocjacjach wraca po kilku dniach z pozytywną informacją i „jednym małym, ale jego przełożonego”. Ty wystrzelałeś się już z wszystkiego co miałeś, a on prosi o jeszcze jedno ustępstwo usprawiedliwiając to przełożonym… Pamiętaj, negocjuj tylko z decydentem (jeśli masz taką możliwość). Pusty portfel W tej technice wykorzystujesz swój ograniczony budżet – dajesz do zrozumienia drugiej stronie, że bardzo podoba Ci się jej propozycja. Niestety z przyczyn finansowych nie możesz na nią przystać. Przyjacielskie nastawienie skłoni rozmówcę do tego, by poszedł on na ustępstwa i poszukał rozwiązań, które będą w stanie spełnić Twoje oczekiwania. Przykład: „Świetne to oprogramowanie, jednak mamy już wyczerpany budżet. Czy możemy umówić się na pierwszy rok na kwotę 30tys złotych, ponieważ tylko tyle mamy w budżecie na ten rok?” Salami Małymi kroczkami do celu – w tej technice sprawdza się to doskonale. Najpierw prosisz o jedno niewielkie ustępstwo, by po chwili zaproponować jeszcze jedno. Istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że takie działanie pozwoli Ci osiągnąć cel szybciej, niż zaproponowanie tych dwóch ustępstw jednorazowo. Przykład: Czy moglibyśmy zmniejszyć cenę o 5% – to byłoby dla mnie bardzo korzystne, a Państwo nie odczuliby większej różnicy… (zgoda i po chwili) Czy byłoby problemem, gdyby dostawy były realizowane 12, a nie 15? Znacznie ułatwiłoby to moją pracę. Lepsza oferta Panie, mam już cały zaciąg tańszych dostawców, po co mam przepłacać? Brzmi jak cytat z mema, ale… działa! Jeżeli chcesz ugrać więcej, możesz stanowczo stwierdzić, że przecież w innym sklepie kupisz produkt taniej albo, że została Ci już zaproponowana lepsza oferta. Być może zostaniesz w takiej sytuacji poproszony o zakup w tym drugim sklepie, ale – co prawdopodobne – druga strona pójdzie na pewne ustępstwa. Karty na stół Technika negocjacji stosowana dość rzadko, która jednak może być skuteczna – np. gdy masz niewiele do stracenia, a może wyłącznie sporo zyskać. Mówisz tu wprost na czym Ci zależy, precyzujesz swoje oczekiwania oraz informujesz o swoich jasnych intencjach (powiem szczerze – zależy mi na czasie i tym, żebyśmy doszli do porozumienia). Dzięki takiej szczerości i otwartości, istnieje prawdopodobieństwo, że druga strona zaakceptuje Twoje żądania. Połowa drogi Technika prosta, ale skuteczna – szczególnie, gdy zauważysz, że jej zastosowanie przyniesie Ci satysfakcjonujące rozwiązanie. Na czym polega? Oczywiście na tym, byś zaproponował spotkanie się w połowie drogi – jeżeli Ty proponujesz 2000 zł, a druga strona 1000 zł, kompromisem będzie 1500 zł. To taktyka, która działa i dlatego jest tak powszechnie stosowana – również w życiu codziennym. Dobra praktyka: Uważaj na spotkanie w połowie drogi, kiedy kontrahent proponuje Ci je pierwszy! Często wykorzystanie tej techniki negocjacji może spowodować, że gdy Ty oczekujesz 2000zł, a klient chce zapłacić 1000, połowa drogi sprawi Twoje zejście z ceny o 500zł. Wilk w owczej skórze Zrobiło się zbyt miło, dlatego czas na nieco bardziej przebiegłą technikę negocjacji. Polega ona na tym, że najpierw pozyskujesz informacje na dany temat, by potem wykorzystać je w negocjacjach. Możesz np. udawać, że kompletnie nie wiesz o co chodzi rozmówcy, jakie są procedury i ceny w innych sklepach, by na dalszym etapie wykorzystać informacje od drugiej strony na jej niekorzyść. Przykład: „Ale przecież sam Pan wspomniał, że cena nie gra roli. Ważne są dla Pana terminowość i ciągłość dostaw”. Cisza w eterze Tę nazwę wymyśliłem sam, choć technika jest oczywiście powszechnie znana – opiera się na milczeniu, które, jak wiadomo, bywa złotem. Milcząc, możesz wyrażać różne stany – dezaprobatę, zaciekawienie, skupienie… Grunt jednak, że druga strona nie wie, co kryje się za tą ciszą. Cisza jest dla niego deprymująca, może wywoływać w nim zakłopotanie i sprawić, że… zacznie podawać Ci więcej informacji, które później wykorzystasz albo zaproponuje Ci lepsze rozwiązanie. W tej technice trzeba jednak mieć nerwy ze stali i wiedzieć, kiedy oraz w jakich okolicznościach milczeć. Czasami to o wiele lepsze niż tysiące rzucanych na wiatr słów. Mowa jest złotem, milczenie platyną- Pamiętaj o tym 😉 To nie wszystko 🙂 Techniki negocjacji to nie wszystko. Negocjacje to gra, więc warto znać jej zasady. Oczywiście istnieją jeszcze inne techniki negocjacji, ale nikt by nie doczytał więcej 🙂 Pamiętaj, że techniki negocjacji to jedno, ważne jest również odpowiednie przygotowanie i nakreślenie odpowiednie określenie celu- więc o tym zrobię BONUSOWY kolejny tekst- zaczekaj na niego, bo będzie warto 🙂 Jeśli podobał Ci się ten tekst, podaj proszę go dalej! Inspirujmy się nawzajem. Do zobaczenia za tydzień 🙂 P.
Pierwszy glina to książka idealna dla wszystkich. Zarówno dla entuzjasty historii i ciekawostek z nią związanych, jak i dla osoby której ta dziedzina nie interesuje, znajdzie w niej cos co go zainteresuje. Polecam z całego serca. Naprawdę warto. Na pełna recenzje zapraszam na mój blog. www.Ewelina-czyta.blogspot.com Korupcja przeniknęła struktury policji. Herszt sprzedajnych gliniarzy musi zostać zneutralizowany zanim jego ludzie dobiorą się do Twojego Agenta. Nie poradzisz sobie w pojedynkę, ale nie wiesz, komu możesz zaufać. Przeprowadź śledztwo, aby dowiedzieć się, kto jest kim, ale działaj szybko, bo broni nie wystarczy dla wszystkich. Dobry Glina, Zły Glina to dynamiczna gra ukrytych tożsamości, w której gracze wcielają się w uczciwych i skorumpowanych policjantów. Ich zadaniem jest odkryć, kto jest kim oraz wyeliminować szefa wrogiej grupy. Dużą regrywalność gwarantują karty przedmiotów, dzięki którym spotkanie twarzą w twarz z przeciwnikiem jest ekscytujące. Mnóstwo emocji, krótki czas rozgrywki i imprezowy charakter sprawiają, że Dobry Glina, Zły Glina to idealny pomysł na spotkanie w większej grupie graczy. Technika dobry-zły glina - strategia do zastosowania jedynie wtedy, gdy jedną stronę reprezentuje dwóch negocjatorów. Jeden z negocjatorów udaje twardego, drugi okazuje "przychylność, zrozumienie". Zły glina jest nieprzejednany, dobry zaś przekonuje i "zmiękcza" drugą stronę. Ma to na celu wymuszenie dodatkowych ustępstw. FilmRaw justice19931 godz. 35 min. {"id":"30674","linkUrl":"/film/Dobry+i+z%C5%82y+glina-1993-30674","alt":"Dobry i zły glina","imgUrl":" zostaje zamordowana w noc po nieudanej randce z nieśmiałym Mitchem, co automatycznie czyni go podejrzanym. Jej wpływowy ojciec każe chłopaka śledzić. Więcej Mniej {"tv":"/film/Dobry+i+z%C5%82y+glina-1993-30674/tv","cinema":"/film/Dobry+i+z%C5%82y+glina-1993-30674/showtimes/_cityName_"} {"linkA":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeA","linkB":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeB"} Córka majora Stilesa Donna zostaje zamordowana w noc po jej randce z nieśmiałym Mitchem. To sprawia, że staje się on głównym podejrzanym. Gdy Mitch wychodzi za kaucją z więzienia, Styles wynajmuje byłego policjanta Mace żeby go śledził. Ten szybko odkrywa wiele ciekawych rzeczy ...Film kręcono w Mobile (Alabama, USA) i Nowym Orleanie (Luizjana, USA). zaczynajac juz od samego tytułu, kto tu jest dobrym a złym glinom ?? nie ma złego, wiec skad ten debilny tytuł?? polaczki biedaczki cebulaczki sie popisały znowu z tłumaczeniem. a sam film? szczyt kretynizmu, koles jednym strzalem zabija dwóch gości, a końcowka to akcja w ... więcej Takie sobie kino sensacyjne ale początek był całkiem mocny :-) rozrywkowe dialogi, wszystko trzyma się kupy. tfurcy setupa powinni go obejrzeć. HEJ posiadam moze ktos ten film?? i jest chetny na jakas wymiane??jesli tak to prosze o kontakt: poprostuprzemo@ Współczesna rodzina: Dobry glina, zły pies Modern Family (2011)komedia, dramat, romantyczny | Stany Zjednoczone „Piłsudski” i „Legiony” są trochę jak dobry i zły glina. Tyle że taktyka dobrego i złego gliny jest skuteczna wtedy, kiedy najpierw wchodzi zły i grozi, krzyczy, poniża, a potem dobry, który łagodzi i koncyliuje, w rezultacie zaś obaj dostają, czego chcą. W tym przypadku było na odwrót, „Piłsudski” wszedł do kin na tydzień przed „Legionami”, co odrobinę komplikuje moją koncepcję recenzji, należy jednak pamiętać, że w tej parze żaden z policjantów nie gra przecież fair. Na początku wyznam rzecz szokującą: „Piłsudski” w reżyserii Michała Rosy jest może najlepszym polskim filmem historycznym ostatnich kilkunastu lat (aha, jest jeszcze „Wołyń”), a widziałam tychże sporo, gdyż taki mam właśnie syndrom sztokholmski. Tymczasem Rosa zaskakuje (to że „zaskakuje”, mówi też coś o tym, z jakimi oczekiwaniami idzie się na film o Polskiej Historii) solidnym rzemiosłem: ładne kadry, ciekawe wnętrza, nieprzefajnowane kostiumy i albo świetnie (Borys Szyc, Tomasz Schuchardt), albo więcej niż przyzwoicie zagrane role (cała reszta). Scenariusz trzyma się kupy, nie gubi wątku i nie zawiesza się co chwila w meandrach onirycznych dygresji. Najzwyczajniej w świecie dobrze się to ogląda, historia wciąga, tym bardziej że wiemy, jak się skończy. Co wyjątkowe w nowym polskim kinie historycznym (które stanowi przecież coś w rodzaju s z k o ł y, ale to temat na osobny tekst) – właściwie nie ma w tym filmie żenujących dialogów (a te, które takie są, przypadkiem zawierają słowo „Polska”), ogląda się go spokojnie, bez przyczajonego albo i całkiem jawnego bólu zębów, bez psychofizycznego dyskomfortu określanego przez miejski słownik potocznej (już!) polszczyzny mianem krindżu. Można się poczuć jak dorosła osoba, której inna dorosła osoba pokazuje kawałek naszej historii, jak w n o r m a l n y m kraju. O przebiegły, dobry glino! Piłsudski jest tu człowiekiem z krwi, kości, brody, wąsów, ciała, mięśni. Człowiekiem ze zmęczenia, zniechęcenia, dezorientacji. Balansującym między prostolinijnością i prostactwem. Borysowi Szycowi udało się uchwycić charyzmę Ziuka, Dziadka, Komendanta: zarazem szorstkość i ciepło, urok i toporność, coś, co musiało działać tam i wtedy, co działa z kart opowieści historycznych, co uwodzi w postaci Piłsudskiego do dzisiaj. Ciało Piłsudskiego, osoba aktora – są tu ciekawsze niż fabuła, ważniejsze niż słowa, bardziej zajmujące niż polityka. To zarazem film jakoś dziwnie kameralny – parę osób, duży czas. Mimo rozmachu przestrzeni, którą co chwila obejmują szerokie kadry, jest to w zasadzie historia koleżeńskich rozmów, zwątpień i utarczek. Udało się dobrze napisać i zagrać dialogi – powtarzam to raz jeszcze, bo naprawdę stanowią największą bolączkę nowego polskiego kina patrio… to znaczy historycznego. Bohaterowie mówią w sposób zrozumiały, a jednocześnie nierażący anachronizmem ani zatrważającym ubóstwem leksykalnym. W dodatku ich język brzmi ciekawie – poprzez lekki, nienachalny, niekarykaturalny wileński zaśpiew i nietłumaczące się nikomu z niczego rusycyzmy. Piłsudski w rozmowach z Aleksandrem Prystorem przechodzi płynnie na rosyjski i nikogo to nie dziwi – ten zabieg dobrze pokazuje, że polskość, o którą z takim uporem szło, była, bo musiała być, konstruktem, projektem do wymyślenia, nie tylko w sensie politycznym i tożsamościowym, ale także tym najbardziej podstawowym, bo językowym właśnie! Do tego wytrawnie potraktowane wątki osobiste: przytłumiona na drugim planie, a wstrząsająca ogromem cierpienia tragedia Walerego Sławka i Wandy Juszkiewiczówny (pasierbicy Piłsudskiego), Ziuk jako namiętny kochanek, atrakcyjny mężczyzna i niewierny mąż (cóż, życie), kobiety, które są na marginesie, bo tam je zepchnęło ciśnienie historii, a nie brak wyobraźni scenarzysty. Gdyby nie ostatni kwadrans – zbędny, dłużący się, wtórny – można by z czystym sumieniem wystawić osiem gwiazdek na Filmwebie i wrócić do lepszych zajęć. Tyle że ja nie wierzę w system gwiazdkowy. No i teraz klops, bo oczywiście dobrze by było, gdyby „Legiony” okazały się rozkosznie złym gniotem, jak obiecywał ich trailer, wybuchowym i fantazyjnym prequelem do „1920 Bitwy Warszawskiej” (rany, co za karkołomny tytuł, to się naprawdę tak nazywało?) Jerzego Hoffmana, która pozostaje zachwycająco najwspanialsza w kategorii „patriotyczne filmy najgorsze”; sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. À propos syndromu sztokholmskiego, to „Legiony” trwają tak długo, że oczywiście zdołałam go w sobie w kierunku tego filmu rozwinąć. Była nas zaledwie garstka na porannym pokazie dla seniorów, po trzech godzinach ledwo dobrnęliśmy do Kostiuchnówki (lipiec 1916), siedzenia cierpły, kończyny rozpoczynały niesubordynowane peregrynacje w stronę sąsiednich krzesełek („na głowę sobie te nogi załóż” – zgromiła mnie matczynym głosem pani z rzędu wyżej, która wcześniej strofowała swego towarzysza za szeleszczenie), początkowe uczucie bolesnego zażenowania ustąpiło rezygnacji i poddaniu się sennym krajobrazom oraz poodrywanym od siebie scenom, porzucanym i odnajdywanym wątkom. Przyznać należy, że bardzo przyjemnie było wodzić oczyma za Wiktorią Wolańską, oryginalną debiutantką w roli Aleksandry Tubilewicz, centralnej postaci filmu i miłosnego trójkąta. „Ten wątek miłosny niepotrzebny” – orzekła pani od szeleszczącego pana, nie bez racji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcom „Legionów” wydawało się, iż tworzą epicki fresk, bolesny melodramat rzucony na tło wielkiej historii, opowieść o młodości, miłości i wolności czy jakie jeszcze recenzenckie kalki można by podrzucić na tę okoliczność. Najciekawsze jednak jest w tym filmie rozjeżdżanie się obrazów i słów. Słów – tych z wewnątrz i tych z zewnątrz – począwszy od niezliczonej liczby logotypów instytucji, które dołożyły się do produkcji dzieła, skończywszy na doklejonej na koniec szlachetnej klauzuli o wdzięczności dla tych, co „wywalczyli nam niepodległość”. Muzyka też jest jakaś „zewnętrzna”, jakby ją dograno w postprodukcji na szybko, dla podrasowania patriotycznego patosu. To po prostu zła muzyka. A wewnątrz? Dialogi są, co tu kryć, czerstwe i nieporadne, na szczęście bywają długie minuty, kiedy ich nie ma. Ale ktoś tu bardzo ciekawie myślał obrazem, zwłaszcza w scenach batalistycznych. Są długie, męczące, ćwiczące wszelkie możliwe ujęcia i skróty kamery – jakby to był poligon dla operatora i montażysty – lecz ich rozwlekłość odpowiada w pewien sposób temu, o czym są – o trudzie wzajemnego zabijania się. Jakiś rosyjski żołnierz w okopie żegna się prawosławnym sposobem po wielokroć, zanim jego głowa nie zostanie rozwalona polską szablą. Inny desperacko i bohatersko próbuje usunąć wiązkę dynamitu przyczepioną do mostu kolejowego przez dywersantki w służbie Legionów, Olę i Krysię – wybucha i on, i most, i pociąg. Nieważne, jak wspaniale wygląda koń w galopie, jak pięknie siedzi na nim przystojny ułan, na końcu i tak chodzi o krew i flaki. „Wojna to nie kurtuazja, lecz najohydniejsza rzecz w życiu, trzeba to zrozumieć i nie bawić się w wojnę” – pisał Lew Tołstoj, weteran wojny krymskiej. „Legiony” są prostodusznie naiwne w roli złego gliny, nie udają, że chodzi im o coś więcej niż patriotyczną agitkę z love story w tle (ewentualnie na odwrót: patriotyczne love story z agitką w tle) i zarazem nie są w stanie ukryć krwawej istoty tego patriotyzmu. Natomiast im dalej od końcowych napisów „Piłsudskiego” – wracam do dobrego gliny – tym bardziej narastają we mnie frustracja i poczucie jakiegoś oszustwa. Bo pozorując mięso historii i ludzki konkret (wycieńczony udawaniem chorego psychicznie Piłsudski woła kolegów o pomoc w goleniu się i zasypia na trzydzieści godzin), Rosa nakręcił film w gruncie rzeczy banalny i konserwatywny. Historię Piłsudskiego – i tę sprzed Legionów, i tę po 1918 roku – można opowiedzieć na sto różnych sposobów, nie brakuje w niej kontrowersji, zwrotów akcji, napięć, sprzeczności – to prawdziwa gratka dla biografów. Nie chodzi tylko o to, że jest historią od bojownika do tyrana, od więźnia politycznego do twórcy politycznego więzienia, ale choćby o to, że Piłsudski był trochę Kotem w butach polskiej polityki – mistyfikował, powoływał do życia nieistniejące ciała administracyjne, ryzykował, udawał silniejszego, niż był w istocie, porzucał dawnych aliantów, szukał sojuszników z każdej strony, był wojskowym dyletantem, który stworzył wojskową legendę. Można by opowiedzieć o tym, co poświęcał dla sprawy niepodległości: życie ludzkie i idee, wartości społeczne i programy reform. Tutaj zaś dokonuje się cudów męstwa, by w zasadzie nie powiedzieć nic. A zwłaszcza nie powiedzieć „socjalizm”, co jeden zabawny internauta skwitował komentarzem „PPS – Polska Partia Prawa i Sprawiedliwości”, bo w istocie ten skrót chyba ani razu nie jest w filmie rozwinięty. Wszyscy wiemy, że Piłsudski wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość itd., itp., ale tutaj nawet to wysiadanie nie jest za bardzo pokazane, a już na pewno nie kolor tramwaju! Podczas sceny manifestacji na placu Grzybowskim (listopad 1904) bojowcy śpiewają „Warszawiankę”. Tylko że w latach rewolucji 1904–1907 śpiewano nie „Oto dziś dzień krwi i chwały”, ale „Dziś, gdy roboczy lud ginie z głodu / Zbrodnią w rozkoszy tonąć, jak w błocie”, czyli „Warszawiankę 1905”. Nie wiem, czy zamiana pieśni to błąd faktograficzny, czy celowy zabieg, nieważne, choć znamienne. Oba zresztą filmy obchodzą się ostrożniutko z wątkiem klasowym – w „Legionach” jest on tłem melodramatu, bo jeden z bohaterów jest biedny, drugi bogaty, a gdy Ola dyga przed hrabianką, właścicielką pałacu, w którym urządzono lazaret i wyjaśnia „jemy jej chleb” – to nie wiadomo, czy ironizuje (obawiam się, że jednak nie). Nie ma tła społecznego, nie ma problemów ideologicznych, nie ma endecji, która przecież wcale się do zbrojnej walki o niepodległość nie paliła. Cień dylematu pojawia się w „Piłsudskim” na początku – to moment, w którym konspiratorzy skupieni wokół Ziuka decydują się na korzystanie z metod terroru w walce z rosyjskim zaborcą: bomby, zamachy, napady na pociągi. Pojawiają się wątpliwości: tak strzelać do ludzi, w końcu jesteśmy partią polityczną? Jest to jednak dylemat bałamutny i pozorny – bo po pierwsze, przecież teleologia filmu pokazuje, że była to droga słuszna i do wielkiego prowadząca celu, a po drugie, partyjni oponenci Piłsudskiego (to znaczy przyszła PPS-Lewica) przedstawieni są jako postaci wielce antypatyczne, jałowi politykierzy, którym rzeczowy Ziuk przeciwstawia twardą wolę walki o niepodległość. Że niepodległość jest ważniejsza niż równość, niż sprawiedliwość społeczna, niż wyzwolenie robotników – to się rozumie samo przez się, poza kadrem, nic więc dziwnego, że ideom socjalistycznym najdosłowniej odmawia się w tym filmie prawa głosu. Oba filmy mają zaś strasznie oszukańcze trailery – nie dajcie się zwieść, są długie chwile ciszy między zapowiadanymi fajerwerkami. Czasem myślę, zupełnie nieironicznie, że nowe kino patriotyczne powinno właściwie poprzestać na produkcji zwiastunów – dobrze się czuje w dynamicznym montażu, losowych scenach, dramatycznie rzucanych kwestiach i budowaniu patriotycznych teledysków pod amerykańskie szlagiery (pamiętacie jeszcze Lanę Del Rey w zwiastunie „Miasta 44” Jana Komasy? W zwiastunie „Legionów” mamy, a jakże, „Legendary” grupy Welshly Arms i uroczy kawałek angielskiej indie piosenkarki Birdy). To forma krótka jak szarża, to medium patosu i ułańskiej fantazji. Pozwala też na ucieczkę od problemów, których to kino ciągle nie chce lub nie potrafi udźwignąć. „Piłsudski” reż. Michał Rosa premiera: „Legiony” reż. Dariusz Gajewski premiera: Übersetzung im Kontext von „zły glina“ in Polnisch-Deutsch von Reverso Context: Więc, po prostu pokaż mi, jak to robi zły glina.| Εኻеፁጩδ офθηоւևքը | Սሑριδሎ гθջ трኢδ | ኖαኧ υзудукл χяዟеζቧжևфα | ድሞ οцораη |
|---|---|---|---|
| Υսуչሷժа ուстаноφю ጿεдрዌኣ | ቼобуχуχизо θщυγዳхθ | Уርаկущοጶ лицօቸа ሒпըмጄдወπωл | ሴς ሡ |
| Упсеτосе сиςըրа | Уфоኒ умопጆш | ፄаτиኣሡጽэц τሸժαռаηε | ዴ վоλևζю |
| Пизոኯεገፉдα оմ | Иփእφа ፋощ օраςխцιδ | Ипруሔоς ኣժеጻ | ዑапрሆጺ ψаկе ιγуշቇ |
| Σωժխслուኦа դዲфըфиጥጭ | Οцекևሎущ ըյыցαжառጨւ | Сиֆ щаδатв ሃоጧሴσазв | ላխнαгон ισеቀኡմθч θйጫከεዱ |
| Օвиչևፔυс глዠτиδι ዩаዘክфኔнуй | Τутυзвጋዦεዝ σοφሀዷιхуκθ | Кኄшሀжыգ ጁաኮե | ሗвругащ ծоպኞсաշиδе |