Dzisiejszy felieton przekazuję z Betlejem, gdzie od tygodnia trwa kapituła Braci Mniejszych z Kustodii Ziemi Świętej. W Casa Nova – Domu Pielgrzyma przy Bazylice Narodzenia 46 przedstawicieli 300 osobowej wspólnoty kustodialnej, wywodzącej się z 23 krajów świata, ocenia działalność ostatniego trzechlecia oraz wytycza program na następne lata. Wybór Betlejem był opatrznościowy. Przede wszystkim miejsce to pozwala na konfrontację naszego życia i działalności z początkami historii Zbawiciela, który narodził się w ubogiej grocie. We wcieleniu i narodzeniu Jezusa Chrystusa Bóg posłużył się tym, co po ludzku patrząc, jest kruche i mało znaczące. Również dzisiaj, podobnie jak w wielowiekowej historii Kustodii Ziemi Świętej, Bóg działa przez zwykłych i słabych ludzi, aby tajemnicę swojego objawienia mogli poznawać i czcić chrześcijanie z całego świata. Drugim, ważnym motywem wyboru Betlejem na miejsce kapituły, była chęć wyrażenia solidarności z miejscową wspólnotą chrześcijańską, która żyje odcięta murem, w coraz trudniejszych warunkach. Kapituła pod przewodnictwem Kustosza Ziemi Świętej przyjęła jako myśl przewodnią, pytanie: „Panie, co chcesz, abyśmy czynili w Ziemi Świętej?”. W swojej relacji o. Pierbattista Pizzaballa przedstawił trzy podstawowe aspekty życia Kustodii Ziemi Świętej: doświadczenie wiary (życie według zasad świętej Ewangelii), wymiar wspólnotowy (uznając braci jako dar od Pana) oraz priorytet ewangelizacyjny Kustodii, zwanej „perłą franciszkańskich misji”. Przyjęcie z wdzięcznością przeszłości, zaangażowanie z entuzjazmem w teraźniejszość oraz ufne spojrzenie w przyszłość są cechami charakteryzującymi naszą franciszkańską tożsamości w Ziemi Świętej. Mając na uwadze przygotowania całego zakonu do jubileuszu 800 lecia istnienia, przypadającego w 2009 roku, kapituła kustodialna przyjęła za wzór doświadczenie uczniów z Emaus. Ich droga stała się punktem wyjścia refleksji na temat naszego powołania. Mimo niepewności i wielu pytań o sens naszej misji w obecnej sytuacji, wspólnota Braci Mniejszych w Ziemi Świętej, powiedział ojciec Kustosz, „pragnie stać się proroczym znakiem łaski odkupienia, daru pojednania i pokoju dla mieszkańców tego rejonu oraz dla pielgrzymów przybywających z różnych stron świata”. Celem tej duchowej drogi jest powrót do „łaski pierwotnego powołania”. Przykład Emaus wskazuje na uprzywilejowaną relację z Panem Jezusem objawiającym się w Słowie Bożym i w Eucharystii. Bracia pełniący służbę w Ziemi Świętej powinni cechować się nie tylko głęboką znajomością Pisma Świętego, ale również szczególną miłością dla człowieczeństwa Jezusa Chrystusa i dla tajemnic naszego odkupienia, które dokonały się na tej ziemi. Nie chodzi o dewocjonalne praktyki religijne, lecz o gruntowną duchowość opartą na autentycznej przyjaźni z Jezusem. Międzynarodowość, która charakteryzuje Kustodię, jest wielką wartością. Należy ją docenić i zachować ponieważ, jak widać, przynosi obfite owoce w pracy franciszkanów w Ziemi Świętej. Jest ona przede wszystkim cenną okazją do poznania i do dzielenia się kulturami, które łączy przewyższająca je mądrość Ewangelii. W tutejszej rzeczywistości zranionej podziałami i trwającym konfliktem, zakonna jedność Braci Mniejszych jest priorytetem, na którym opiera się autentyczność świadectwa życia religijnego. W kontekście całego zakonu, wspólnota Kustodii Ziemi Świętej, jest jedną z najbardziej interesujących struktur. Już w 1217 roku w Asyżu (790 lat temu), na pierwszej kapitule pod przewodnictwem św. Franciszka, zostały powołane do istnienia liczne prowincje, gdzie Bracia Mniejsi mieli nieść Dobrą Nowinę. Jedenasta prowincja tzw. „zamorska” lub „Syrii” czy”Ziemi Świętej” obejmowała tereny południowo-wschodniej części Morza Śródziemnego, czyli obecnego Bliskiego Wschodu. Od samego początku istnienia zakonu wymiar misyjny był jednym z jego podstawowych charyzmatów. Na tym też polu zakon zapisał jedną ze swoich piękniejszych stronic historii. Widać to najlepiej na przykładzie Ziemi Świętej. Ta spuścizna jest na pewno dziś dla nas przedmiotem chwały, ale musi stać się jednocześnie wezwaniem do większego osobistego zaangażowania dla sprawy ewangelizacji. Powołanie misyjne jest przede wszystkim darem a dopiero później wyborem. W regule św. Franciszka czytamy: „Bracia, którzy za boskim natchnieniem zechcieliby udać się do saracenów i innych niewiernych, niech proszą swoich ministrów prowincjalnych o pozwolenie” (2 Reg 12,1). Cenne wskazówki dotyczące sposobu tej działalności misyjnej znaleźć można w tak zwanej regule nie zatwierdzonej. „Bracia zaś, którzy udają się, mogą w dwojaki sposób duchownie wśród nich postępować. Jeden sposób: nie wdawać się w kłótnie ani w spory, lecz być poddanymi wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga (1 P 2,13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej. Drugi sposób: gdyby widzieli, że tak się Panu podoba, niech głoszą słowo Boże” (1 Reg 16,5-7). We wtorek, 5 czerwca, braci kapitulnych odwiedził abp Antonio Franco, Nuncjusz i Delegat Apostolski w Ziemi Świętej. Przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, po serdecznym powitaniu, podziękował franciszkanom za wielowiekową troskę o sanktuaria i wspólnotę lokalnego Kościoła. W sposób szczególny zwrócił uwagę na kilka aspektów franciszkańskiej misji w Ziemi Świętej. W sanktuariach, w większości obsługiwanych przez Braci Mniejszych, pielgrzymi powinni znaleźć jak najlepsze przyjęcie i opiekę duchową. W ważniejszych z nich nie powinno zabraknąć regularnej obecności kapłanów dyspozycyjnych do administracji sakramentu pojednania i pokuty. Abp Franco zachęcił ponadto zakonników do wysiłku zharmonizowania międzynarodowego charakteru Kustodii z potrzebą inkulturacji w rzeczywistości Kościoła lokalnego. W tym kontekście bardzo mocno został podkreślony aspekt jedności Kościoła, jako wartości, która określa i uwierzytelnia nasze świadectwo wiary w Jezusa Chrystusa. Po zakończeniu oficjalnego przemówienia wywiązał się żywy i interesujący dialog dotyczący wielu aktualnych tematów takich jak: szkoły katolickie, relacje ze światem muzułmańskim i żydowskim oraz formacja ciągła. Na zakończenie swej wizyty Nuncjusz Apostolski życzył braciom owocnej pracy podczas kapituły oraz kreatywnej kontynuacji tej ważnej dla Kościoła powszechnego misji. Inną miłą niespodzianką dla wszystkich braci zebranych na kapitule był telegram jaki otrzymaliśmy od papieża Benedykta XVI. Ojciec Święty wyraził w nim uznanie dla historycznej roli franciszkanów w służbie Kościołowi w Miejscach Świętych, zapewnił o modlitewnej pamięci oraz udzielił apostolskiego błogosławieństwa. W ubiegły czwartek, w uroczystość Bożego Ciała, kapituła przerwała obrady, by bracia mogli wziąć udział w celebracji uroczystości w bazylice zmartwychwstania Pańskiego w Jerozolimie. Kontemplacja tajemnicy Ciała i Krwi Pańskiej pozwoliła wszystkim dostrzec głębię naszego powołania chrześcijańskiego i franciszkańskiego, w centrum którego znajduje się Eucharystia. Już święty Franciszek gorąco zachęcał wszystkich braci do czerpania sił z Eucharystii. Zwracając baczną uwagę na należytą cześć do Eucharystii zachęcał ich także, by to właśnie z niej czerpali wzór do naśladowania Chrystusa. Zapewniając wszystkich słuchaczy Radia Maryja i widzów telewizji TRWAM o modlitwie w Grocie Narodzenia polecam waszej pamięci intencje franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej. Obyśmy za przykładem św. Franciszka nadal wiernie służyli Chrystusowi chrześcijanom kościoła lokalnego oraz pielgrzymom. jk
Read 12. Powrót na ziemię from the story Lost the game » Kylian Mbappe by antisocial_vic (ᴀɴᴛɪꜱᴏᴄɪᴀʟ ᴠɪᴄ) with 3,140 reads. fanfiction, kariera, francja.
Kim był ten młody mężczyzna? Jak to się stało, że wywarł tak wielki wpływ, choć nie pozostawił ani jednej własnoręcznie napisanej linijki? Jak naprawdę wyglądał? Do dziś zmagamy się z zagadką Jezusa? Noc narodzin Jezusa była rzeczywiście cicha. Imperium Rzymskie trzymało się mocno i akurat nie prowadziło wojny. W Palestynie jeszcze nie wrzał bunt przeciwko rzymskiej okupacji. Żydzi nie mieli wprawdzie państwa, ale mieli szeroki samorząd i wolno im było nie oddawać boskiej czci cesarzowi. Kapłani starali się więc nie wchodzić w kolizję z rzymskimi porządkami, a lud czekał na Mesjasza–wyzwoliciela. W antycznym świecie elity mówiły po grecku, łacina była językiem dowódców i administratorów. Bunty niewolników i podbitych tłumiły niezwyciężone legiony. Duszami milionów wciąż władały religie wielu bogów, które monoteizm nazwał pogardliwie pogaństwem. Nic nie wskazywało, że ten świat ma się radykalnie odmienić duchowo, kulturowo, politycznie. I że początek tym zmianom dadzą wydarzenia w zabitej dechami Galilei, gdzie urodził się Jezus. Kim był ten młody mężczyzna? Jak to się stało, że wywarł tak wielki wpływ, choć nie pozostawił ani jednej własnoręcznie napisanej linijki? Jak naprawdę wyglądał? Do dziś zmagamy się z zagadką Jezusa, choć wieki mrówczej pracy badaczy pozwalają skleić jakąś całość z odłamków wiedzy. Przez wieki przybywało elementów tej układanki, nabierała wyraźnego kształtu. Ostatecznej pewności mieć jednak nie możemy. Brat Jezus W naszych czasach mało kto podważa historyczność Jezusa. Teraz nie jest to już potrzebne dla prowadzenia walki ideologicznej. Niewierzący lub wyznawcy innych religii nie muszą już podważać historyczności samego Jezusa, by swobodnie pielęgnować własny światopogląd. Ale jeszcze całkiem niedawno chrześcijanie nie lubili zbyt dociekliwych poszukiwaczy prawdy o Jezusie, zwłaszcza we własnych szeregach. Uważali je za dywersję, za kryptoateizm. Wydana w 1863 r. powieść Ernesta Renana „Życie Jezusa” była szokiem, bo ukazywała Jezusa przede wszystkim jako ideał człowieka. To odczytanie wróciło sto lat później w epoce kontrkultury, która wystawiła swój pomnik temu doskonałemu człowieczeństwu Jezusa: rock–operę „Jesus Christ Superstar”. Długowłosy marzyciel, pacyfista pragnący szczęśliwszego świata bez przemocy, musi napotkać opór świata wyznającego kult siły i pieniądza. Historyczność Jezusa przestała być problemem. Kłopot zaczęła sprawiać kluczowa idea chrześcijaństwa: że ten duchowy nauczyciel był Bogiem wcielonym w człowieka. Ale ten problem towarzyszy chrześcijaństwu od jego zarania. Katolik Renan, a przed nim protestancki teolog David Friedrich Strauss („Das leben Jesu”, 1835) czy XVIII–wieczny biskup i historyk Jacques Bossuet torowali drogę współczesnym interpretacjom zagadki Jezusa. Nie chcąc wdawać się w roztrząsanie sprzecznej z logiką i doświadczeniem idei Boga–człowieka, skupili się na człowieczeństwie Jezusa. Żeby czcić Jezusa, nie trzeba wierzyć, że jest Bogiem. Wystarczą jego niezwykłe słowa i czyny zapisane w Nowym Testamencie. Symbolem tej postawy może być głośny niemiecki teolog i pisarz Eugen Drewermann (ur. 1940), zwany katolickim Lutrem XX wieku, mieszkający przez lata w obskurnym bloku, bez telefonu, samochodu, lodówki, zawieszony po bezskutecznych napomnieniach władzy kościelnej w prawach kapłana. Drewermann głosi, że Kościół zredukował Boga do instytucji władzy. Naukę Jezusa odczytuje na tle jego historycznej epoki, jej krajobrazu duchowego, społecznego, politycznego, jej mitów i legend. Autor „Księży” odrzuca bogoczłowieczeństwo (a więc także zmartwychwstanie) Jezusa. „Jezus został spłodzony jako człowiek i urodził się także jak każdy inny człowiek. Niezwykłe było nie jego urodzenie, tylko jego życie. Aby to wytłumaczyć, pierwsi chrześcijanie posłużyli się obrazami niepokalanego poczęcia, które sięgają staroorientalnych wyobrażeń narodzin królów. Historie urodzenia Jezusa u Mateusza i Łukasza to bliskie mitowi legendy, a nie historyczne relacje”. Rekordzista wszech czasów Ale nawet po odjęciu boskości zagadka Jezusa zmienia tylko wektor. Podstawowe pytania nie tracą ważności. Jakim cudem założona przezeń religia przetrwała, rozwinęła się, wyszła z palestyńskich opłotków w szeroki świat? Policzono, że na temat Jezusa napisano po dziś dzień ponad 17 tys. książek – absolutny rekord wszech czasów. A przecież nauczał zaledwie trzy lata, a może tylko rok i umarł śmiercią uważaną za hańbiącą, która miała odstraszać potencjalnych wyznawców. Faktów bezpośrednio dotyczących Jezusa jest żałośnie mało. Nawet daty urodzin i śmierci nie są pewne; jubileusz dwutysiąclecia minął, ściśle biorąc, już kilka lat temu. Najczęściej podaje się piąty (lub czwarty, szósty i siódmy) rok przed erą chrześcijańską jako datę urodzin i rok 30 „naszej ery” jako datę śmierci Jezusa. Gdy umarł, wszystko zapowiadało się jak najgorzej. Pozostawił garstkę zdezorientowanych uczniów, bez organizacji, wpływów, pieniędzy. Chrześcijanie powinni byli podzielić los wcześniejszych sekt żydowskich – bo taką sektą był zalążek Kościoła wokół Jezusa – o których pamiętają dziś tylko specjaliści. Ale pojawił się Paweł, dawniejszy prześladowca Żydów–chrześcijan, a potem niezmordowany ewangelizator Śródziemnomorza, czyli świata „pogańskiego”, w którym zakładał gminy chrześcijańskie od Turcji przez Grecję po Rzym. Nie zetknął się z Jezusem osobiście; wiedział o nim zapewne jeszcze mniej niż my. Może dlatego całą energię skupił na szerzeniu niesamowitej nowiny o zmartwychwstałym Bogu–człowieku, a detale, które mogły interesować niedowiarków, ignorował lub odmawiał im istotnego znaczenia. To Paweł uczynił ze zmartwychwstania oś chrześcijaństwa i najważniejszy fakt biografii Jezusa. Odcisnął na dziejach Kościoła tak silne piętno, że niektórzy uważają go za rzeczywistego twórcę chrześcijaństwa w postaci znanej pokoleniom po Chrystusie. Można się więc spierać o wszystko, ale o to, czy Jezus istniał – nie warto. Prawda, że prawie wszystkie źródła – na czele z trzema Ewangeliami Marka, Mateusza i Łukasza – z których czerpiemy szczątkową wiedzę o Jezusie, są źródłami chrześcijańskimi i to powstałymi najwcześniej 20 lat po śmierci Jezusa i że nie układają się w spójną biografię. Nazywa się je syno–ptycznymi – do lektury porównawczej – tymczasem są w nich sprzeczności i luki (jak choćby dwa różne rodowody Jezusa). Pisano je w przeświadczeniu, że Jezus – po hebrajsku Joszua, Jeszu, Bóg zbawia – jest Chrystusem, po grecku pomazaniec, tłumaczenie hebrajskiego terminu Mesjasz – czyli Bogiem wcielonym w człowieka dla wyzwolenia wszystkich ludzi od grzechu. Tradycyjna literatura chrześcijańska może drażnić – zauważa Jean Paul Roux, współczesny historyk religii, katolik – swoją pogardą dla innych wyznań, także dla religii i prawa żydowskiego, które z chrześcijaństwem wiąże splot nierozerwalny. Drażnić zarozumiałością, moralizowaniem, podsuwaniem odpowiedzi na wszystko. Ale tych błędów – także w badaniach historycznych – starają się uniknąć dzisiejsi piszący o Jezusie i chrześcijaństwie. Mozół uczonych końca XIX i całego XX w. – archeologów, biblistów, historyków, etnologów, badaczy kultury i cywilizacji – pozwolił warstwa po warstwie odsłonić dosyć kompletny obraz czasów, w jakich żył Jezus. Potrafimy opisać wnętrza, w jakich przebywał, ubiór, jaki mógł nosić, przedmioty, jakimi mógł się posługiwać, język, jakim mówił, scenerię narodzin i śmierci. Krzyż na przykład nie wyglądał tak jak na większości dawnych przedstawień – był niższy, w kształcie litery T; odnaleziono grotę, w której Jezus się narodził, i inną – w której złożono jego ciało po śmierci. Bazylika Grobu Pańskiego w Jerozolimie stoi w miejscu stracenia i pogrzebania Jezusa. Kilka lat temu odnaleziono grób i kości arcykapłana Kajfasza. Odkryte w połowie lat 40. XX w. rękopisy znad Morza Martwego i w Nag Hammadi nie przyniosły chrystologicznych rewelacji, choć ogromnie poszerzyły wiedzę o teologii i sytuacji religijnej w czasach Jezusa. Odnaleziona w Nag Hammadi „Ewangelia Tomasza” pełna jest luźnych przypisywanych Jezusowi powiedzeń. Na przykład: „Kto jest w pobliżu mnie, przebywa blisko ognia, ale kto jest ode mnie daleko, daleko jest od królestwa”. Jak wyglądał? Religia żydowska zakazuje sporządzania wizerunków Boga. Ewangeliści nie wspominają ani słowem o zewnętrznym wyglądzie Jezusa. Jeśli potraktować jako wskazówkę słynny całun turyński, można przypuszczać, że był mężczyzną dość wysokim (1,78 m), harmonijnie zbudowanym, o wyraźnie semickiej urodzie, bujnych włosach i brodzie. Wiedzę o Jezusie jako konkretnym człowieku zanurzonym w konkretnej epoce historyczno–cywilizacyjnej czerpiemy ze szczegółowych jej badań. Jest to wiedza dedukowana z kontekstu. Ilekroć badacze stają tu wobec zagadek nie do rozwiązania, wolą milczeć lub otwarcie przyznać się do niewiedzy. Solidna warsztatowo krytyka wszelkich źródeł i ustaleń jest dziś czymś oczywistym także dla uczonych kościelnych czy po prostu wierzących. Tak jest od niedawna, od mniej więcej 100 lat. Rozum w sejfie Na początku naszego stulecia historyk Ernst Troeltsch ostrzegał, że nowoczesne metody badań historycznych nie dają się pogodzić z wiarą chrześcijańską; biskup Stubbs, wykładowca historii nowożytnej w Oksfordzie, chwalił się z kolei, że przekonał innego historyka, by wyrzucił do kosza na śmieci „Życie Jezusa” Renana, choć duchowny książki nawet nie przeczytał. Tak to historyk zdeprawował drugiego historyka, a obaj upokorzyli w ten sposób chrześcijaństwo – osądzał taką postawę Paul Johnson, autor „A History of Christianity” (1976). Wybitny intelektualista kościelny XIX w. kardynał Newman trzymał w sejfie egzemplarz „Wieku rozumu” Thomasa Paine´a, zmarłego w 1809 r. „angielskiego Woltera”. Newman chciał ustrzec swych uczniów przed kontaktem z krytykiem religii zorganizowanej, obrońcą Rewolucji Francuskiej i idei oświecenia, który pisał: „Wśród wszelkich tyranii gnębiących ludzkość najgorsza jest tyrania w dziedzinie religii, każda inna odmiana tyranii ogranicza się do świata, w którym żyjemy, lecz tyrania religii usiłuje sięgnąć poza grób i ścigać nas w wieczności”. Na szczęście ten okres chrześcijańskiego despotyzmu bezpowrotnie minął. W świecie po chrześcijaństwie, w którym, zwłaszcza na Zachodzie, religia ta staje się znów religią katakumb, religią mniejszości, wybierającej ją dobrowolnie, z wewnętrznego przekonania, nie da się żadnej książki zamknąć w sejfie. Za krytyczny rozbiór wszelkich tekstów, nawet biblijnych, nie grożą już kary ani prześladowania. Dziś wiemy, że Jezus: nie był mitem, archetypem, ani symbolem czegokolwiek; nie był wcieleniem Buddy ani nauczycielem przysłanym z Orientu; nie był wyznawcą ani nauczycielem gnozy, potężnej konkurentki chrześcijaństwa pierwszych wieków; nie był obsesyjnym ascetą wyniszczającym ciało i umysł w jaskini; nie był żydowskim renegatem i nie kolaborował z rzymskim okupantem; nie był politycznym buntownikiem ani społecznym rewolucjonistą, porywającym się z motyką na słońce; nie był prekursorem socjalizmu ani kapitalizmu; I że: był Żydem praktykującym religię mojżeszową; sam nazywał siebie Synem Człowieczym (sędzią ludzi u kresu świata) lub Synem Bożym, ale nigdy Mesjaszem; przeistoczył religię żydowską radykalnie, wysuwając na czoło pojęcie Boga jako Miłości i piętnując obłudę, zwłaszcza w religijnym establishmencie żydowskim; szczególnie chętnie spotykał się i rozmawiał z ludźmi prostymi, biednymi, społecznie dyskryminowanymi, ale nie potępiał hurtem warstw wyższych – nie stosował zasady odpowiedzialności zbiorowej; używał języka aramejskiego, przypowieści, obrazowych porównań i powiedzeń łatwych do zapamiętania; żył około 35 lat, zginął śmiercią przeznaczoną dla buntowników. Słowem, był człowiekiem swojej epoki, niezwykle zręcznie poruszającym się w labiryncie sprzecznych oczekiwań, koncepcji, interesów; człowiekiem żyjącym w realiach okupacji zaostrzającej pragnienie wyzwolenia i poczucie tożsamości, w miejscu gdzie krzyżowały się wpływy różnych wiar i kultur; ale dążył do własnego, ściśle określonego celu. Było nim przekonanie ludzi, że w nim, Jezusie, znajdą zbawienie. Po ludzku biorąc, Jezus poniósł klęskę – został właściwie sam; nie opuściła go tylko garstka mężnych kobiet. Żydzi nie przyłączyli się do ruchu, który założył. Impas przełamała dopiero wieść o zmartwychwstaniu; chrześcijaństwo dźwignęło się już po śmierci swego założyciela – bez jego fizycznej obecności i jego przywództwa. Drugim kołem ratunkowym okazała się działalność misyjna apostołów wśród nie–żydów. Trzecim było wejście w IV w. w sojusz z państwem rzymskim (od edyktu cesarza Konstantyna, 313 r., czyniącego chrześcijaństwo religią państwową) i okrzepnięcie centralistycznej struktury Kościoła. Apokryfy i herezje Chrześcijanie od początku łaknęli szczegółów życia Jezusa. Już w pierwszych wiekach powstała ogromna literatura próbująca wypełnić luki. Po antycznym świecie krążyło mnóstwo tak zwanych apokryfów (pism „ukrytych”), w tym ewangelii (jak wspomniana wyżej Tomasza), opisujących dzieciństwo i dorosłe życie Jezusa. Choć Kościół odrzucił te pisma, sporo z nich przeniknęło i zostało w ludowej pamięci (jak choćby zwierzęta z betlejemskiej groty). Ewangelia pseudo–Mateusza tak przedstawia narodziny Jezusa: gdy nadszedł czas rozwiązania, anioł polecił, by Maryja zsiadła ze zwierzęcia jucznego i weszła do podziemnej groty, w której nigdy nie było światła. Kiedy Maryja weszła do środka, grotę oblała jasność. Boskie światło świeciło tak długo, jak długo przebywała tam Maryja. I tam porodziła syna, którego otoczyli aniołowie i wielbili go. Sprowadzona przez Józefa położna wykrzykuje po zbadaniu pierworódki: Nigdy nie słyszano, żeby piersi były pełne mleka i żeby narodzony chłopiec nie naruszył dziewictwa swej matki. Żadnego upływu krwi podczas porodu, żadnego bólu przy połogu. Gdy zaś położna wzięła noworodka na ręce, przestraszyła się, bo nie czuła jego ciężaru i dziwiła się, że niemowlę nie płacze, tylko uśmiecha się wdzięcznie – „i otworzywszy oczy spojrzał na mnie uważnie. I nagle z oczu jego błysnęło światło niczym błyskawica”. Niesamowite rzeczy dzieją się też w apokryficznym dzieciństwie Jezusa. W „Ewangelii dzieciństwa” według Tomasza Izraelity pięcioletni Jezus ożywia dwanaście wróbli, które ulepił z gliny, bawiąc się w strumieniu; „innym razem szedł przez wieś i biegnący chłopiec uderzył go w plecy. Jezus rozzłoszczony rzekł do niego: Już nie pójdziesz dalej swoją drogą. A on natychmiast padł martwy”. Jakby dla równowagi kilka paragrafów dalej Jezus wskrzesza współtowarzysza zabaw, który spadł z tarasu. Rodzice zabitego chłopca nie wierzyli, że to nie Jezus go zrzucił. „Zszedł Jezus z dachu i stanął koło zabitego dziecka i zawołał: Zenonie! powstawszy, powiedz im, czy ja ciebie zrzuciłem? A ów powstawszy odpowiedział: Nie, Panie, nie zrzuciłeś mnie, ale wskrzesiłeś”. W tych tekstach nie chodziło tylko o zaspokojenie ludzkiej ciekawości i dostarczenie dowodów boskości Jezusa. Równie ważna była teologia. Chrześcijaństwo rozwijało się w zaciętej walce z duchową konkurencją. Polerowało swoje wyobrażenie o sensie wieloznacznych nauk założyciela religii, z których wyciągano sprzeczne wnioski. Tak hartował się Kościół i doktryna, formowała się kościelna teologia i filozofia. Kościół potępiał jako herezje nowe doktryny, sprzeczne z jego interpretacją orędzia Chrystusa i godzące w kościelną rację bytu. Tę walkę – połączoną czasem z fizyczną zagładą sekt uznanych przez Rzym za fałszywe lub heretyckie – prowadzoną w imię prawdy o Jezusie i w imię prawdziwego chrześcijaństwa – przegrali z Kościołem: gnostycy żydowscy, helleńscy i chrześcijańscy, którzy nie wierzyli, że to Bóg stworzył świat skażony złem, cierpieniem i grzechem; marcjoniści, którzy odrzucili cały Stary Testament i kult Jahwe, a czcili wyłącznie Chrystusa; nowacjanie, którzy uważali, że Kościół rzymski leży w grzechu i domagali się absolutnej zgodności praktyki życia z głoszoną etyką; donatyści, masowy ruch w Afryce północnej, uznający dogmaty wiary, ale opozycyjny wobec Kościoła i państwa rzymskiego, a także wobec islamu i panowania arabskiego; pelagianie, którzy podkreślali, że człowiek może zapracować na swoje zbawienie już w tym życiu, a Kościół powinien dbać nie tylko o możnych tego świata; arianie, którzy odrzucili bóstwo Chrystusa, bo uważali, że Bóg nie może mieć styczności z marnym światem i musi się czymś różnić od Syna Bożego; manichejczycy, którzy bardzo poważnie zagrażali Kościołowi przez długie wieki, głosząc religię zbawienia, polegającą na całkowitym odrzuceniu materii jako więzienia ludzkiego ducha. Jezus według nich wyzwolił człowieka tylko częściowo, bo nie w pełni ukazał mu walkę między złem i dobrem, światłem i ciemnością. Nim przeszedł na chrześcijaństwo, manichejczykiem był święty Augustyn. Kościół nieprzejednanych manichejczyków karał zwykle śmiercią. Powrót arian Czy to zwycięstwo w walce z dysydentami wzbogaciło wiedzę chrześcijan o Jezusie? Na pewno wzmocniło Kościół i teologiczną ortodoksję. Kościół nie wypracował tak skutecznych metod radzenia sobie z ruchami odśrodkowymi czy mniejszościami, jak udało się to w zdecentralizowanym islamie, judaizmie czy religii buddyjskiej. Wewnętrzny pluralizm w Kościele (katolickim) nigdy nie zniknął, ale ujście znalazł sobie przede wszystkim w sztuce, kulturze i liturgii chrześcijańskiej. Skoro wiadomo tak niewiele – jak naprawdę wyglądało zwiastowanie, narodziny, przemiana na górze Tabor, ostatnia wieczerza, zdjęcie z krzyża, zmartwychwstanie i tyle innych scen z Ewangelii? – to możliwe (artystycznie) jest prawie wszystko. Tą ścieżką wolności wyobraźni poszły pokolenia artystów, tworząc firmowy znak europejskiej kultury chrześcijańskiej, dla której życie Jezusa i Biblia były przez wieki niewyczerpanym źródłem natchnienia. Za tysiąc lat z cywilizacji chrześcijańskiego Zachodu może nie pozostać nic, ale przetrwają mistrzowie średniowiecza i renesansu, Rembrandt, El Greco, Haendel, Bach. „Idiota” i „Bracia Karamazow” Dostojewskiego, w których Chrystus wraca na ziemię i zastaje ponurą rzeczywistość mieniącą się chrześcijaństwem i Kościołem. Kto wie, może trzecie millenium spłata figla większości z nas i zapamięta też dzieła współczesne, poezję i filmy: prócz „Ewangelii według Mateusza” Pasoliniego, „Żywot Briana” Monty Pythona, „Jezusa z Montrealu” Arcanda i „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Tam gdzie religia instytucjonalna skostniała, wkracza sztuka. Zagadkę Jezusa drąży dziś raczej kultura. Pasjonuje ją wciąż tajemnica człowieczeństwa Jezusa, mniej – jego boskości. Świat zachodni w większości w nią nie wierzy, jak nie wierzyli starożytni arianie. „Wszystkie przykazania zmieniają znaczenie – pisał grecki prozaik Nikos Kazantzakis (zm. 1957), autor „Greka Zorby” i książki, która zainspirowała reżysera Martina Scorsese („Ostatnie kuszenie Chrystusa”). – Nie patrzymy, nie słuchamy, nie nienawidzimy, nie kochamy już tak jak kiedyś. Odnawia się dziewictwo Ziemi. Nowy smak ma chleb, woda, kobieta. Nową, niemierzalną wartość – działanie. Wszystko nabiera nieoczekiwanej świętości: piękno, wiedza, nadzieja, walka o byt i codzienne, niby nieważne troski. We wszystkim struchlali rozpoznajemy to samo ogromne zniewolone Tchnienie, które walczy o wolność”. Kultura i nowe, nie trzymające się kurczowo instytucji podejście do religii sprawiają, że Jezus nie schodzi z wokandy. Są miejsca na świecie, gdzie zwykli ludzie potrafią żywo dyskutować o swym stosunku do Chrystusa i sensie jego religii. I to doskonale współgra z zasadniczą treścią nauki Jezusa. Jest nią osobisty stosunek człowieka do Boga. Jezus historyczny odrzucał zbyt sformalizowane podejście do Boga i religii, zbyt głębokie kompromisy z władzą, hierarchią, konwencjami. To przesłanie było zawsze kłopotem dla Kościoła głoszącego, że przechowuje nienaruszony depozyt wiary chrześcijańskiej. Ale z tego samego powodu chrześcijaństwo rozpaliło wyobraźnię pokoleń i rozrosło się w największą religię świata. Przez dwa tysiące lat na naukę Jezusa nałożyły się nieprzebrane odczytania i wyobrażenia. Na nieznaną twarz Chrystusa nałożono dziesiątki wizerunków. Chrystus frasobliwy, triumfujący, filozofów, mistyków, uczonych, prostaczków, z hipisowską pacyfką i z karabinem, Chrystus – Pan i Sługa, Chrystus prawicy i lewicy itd. Żaden nie jest ostatecznym kluczem do zagadki, razem tworzą bogactwo, ale i głaz przygniatający prawdę o Jezusie. Wciąż też pojawiają się ludzie i ruchy, próbujące ten głaz odsunąć – powrócić do pierwotnego chrześcijaństwa i Kościoła. * Józefa Hennelowa publicystka „Tygodnika Powszechnego”: Brat Jezus Chrystus Dwa tysiące lat temu (o niedokładność kalendarzową mniejsza) Bóg wszedł w historię człowieka na Ziemi. Stał się jednym z nas. Od tamtego czasu każdy, do kogo dotarł ten fakt, przeżywać może tajemnicę, której nigdy do końca nie zgłębi. Im pełniej albo im dotkliwiej doznaje sam swojej „kondycji ludzkiej”, tym mocniej ogarnia go zdumienie, wzruszenie, wstrząs prawdy nieprawdopodobnej. „Podobny we wszystkim, prócz grzechu”. Brat: Jezus Chrystus, dziecko z Betlejem, dorastające w Nazarecie, dorosły przemierzający ziemię palestyńską i nauczający tak, jak nikt jeszcze nie mówił, zamęczony w Jerozolimie. Poddany czasowi, prawom materialnym i psychicznym natury ludzkiej, przywiązaniom do ludzi, smutkowi, lękom i na koniec cierpieniu, którego człowiecza kondycja znieść nie była w stanie. Zostawiając ślad w świadectwie najbliższych sobie, którzy tak właśnie zeznają: opowiadamy o tym, „co widzieliśmy, co słyszeliśmy i czego ręce nasze dotykały”. Do dzisiaj i do końca czasów z tej niepojętej wspólnoty człowieczeństwa każdy może czerpać dla siebie to, co go podtrzymuje: braterstwo i nadzieję. A nadzieję dlatego, że ten sam historyczny Jezus Chrystus z Betlejem, Nazaretu i Jerozolimy pozostaje żywy przez całą historię: tę, która już minęła, która staje się teraz, będzie trwała jeszcze niewiadomy czas w przyszłości. To jest największa tajemnica, ta właśnie, którą – wierząc – nazywamy Wcieleniem. Nie zaskakuje mnie w niczym fakt, że ten sam Jezus Chrystus dla każdego człowieka był, jest i będzie żywy trochę inaczej, jak świadczy nie tylko sztuka kościelna, ale przede wszystkim mistyka świętych i życie duchowe każdego, kto – najbardziej nawet kulawo wierząc – do Niego się odnosi. Bo nawet suma tych wszystkich odniesień nie wyczerpie tajemnicy faktu, że kiedyś w czasie Bóg stał się człowiekiem i tak już pozostanie na zawsze. Po to są święta, żeby tajemnica ta docierała do nas w swoich różnych błyskach: tak zachwycających jak Boże Narodzenie (też przecież w tysiącu kształtów kulturowych), tak uciszających jak trzydzieści lat Jego milczenia w Nazarecie, tak wstrząsających jak nauczanie, które przewartościowuje wszystkie uznane porządki i wartości, tak porażających jak Jego cierpienie i śmierć. I na koniec pokonanie i śmierci, i grzechu. Własny los każdego z nas, los, który przecież staje się z chwili na chwilę, podsuwa, w jaki sposób w tym właśnie doświadczeniu czy doznaniu spotykamy się z „żywym na wieki”; które Jego słowa słyszymy najwyraźniej; którą Jego obecność odkrywamy tuż przy sobie. I niech to już zostanie tajemnicą każdego. Nie można zwierzać się aż do samego spodu.
Później zbędna masa lądownika została odrzucona i astronauci zaczęli przygotowania do powrotu w kierunku Ziemi. Podczas 30. orbity modułu serwisowego i dowodzenia został odpalony silnik SPS, który w 2,5 minuty działania dokonał manewru nakierowania na powrót na Ziemię (Trans Earth Injection). Astronauci wykonywali jeszcze
POWRÓT CHRYSTUSA W POTĘDZE I CHWALE Drogi Ojcze Livio, po omówieniu znaków, które będą towarzyszyły końcowemu uwolnieniu Złego z więzów (przypomnijmy je raz jeszcze: rozpanoszenie się oszustwa Antychrysta, prześladowanie Kościoła, katastrofy naturalne i nawrócenie się Izraela na wiarę w Jezusa) przejdziemy teraz do cech charakterystycznych powrotu Chrystusa. Szczególnym rysem drugiego przyjścia Chrystusa, będą zgodnie z Jego własnymi słowami znamiona mocy i chwały. W związku z tym chciałbym przypomnieć tutaj przytaczany już fragment z pism świętego Pawła: „W sprawie przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i naszego zgromadzenia się wokół Niego, prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. [...] Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i wniwecz obróci [samym] objawieniem swego przyjścia. Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, [działanie] z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia.” (2 Tes 2, 1— Święty Paweł mówi więc o nasileniu się tajemnicy nieprawości. Czy wobec tego powinniśmy wierzyć, że gdy Jezus mówi o swym przyjściu „w mocy”, to znaczy, że Jego powrót będzie triumfem nad Złym, czyli manifestacją wszechmocy Bożej, która definitywnie zniszczy moc diabła? Najpierw chcę powiedzieć, że ten bogaty w treść fragment Listu świętego Pawła został napisany w świetle zebranych w Ewangeliach słów i nauczania samego Jezusa, dlatego możemy powiedzieć, że święty Paweł zredagował Drugi List do Tesaloniczan, mając przed sobą tekst Ewangelii, a w szczególności mowę eschatologiczną Jezusa, w której opisane są gwałtowne nasilenie się zła i koniec czasów, fałszywe proroctwa, zanik wiary i oziębienie miłości. Mamy więc tutaj kontekst typowy dla Księgi Apokalipsy świętego Jana, czyli kontekst wielkiego prześladowania chrześcijan. Święty Paweł dodaje następnie pewien element, którego należyta interpretacja przysparzała teologom wiele trudności; mówi on o katechon, czyli o tym, kto powstrzymuje końcowe uwolnienie z więzów Złego. Mówiliśmy już o tym elemencie i wtedy utożsamiliśmy go z Kościołem Chrystusa, który po dziś dzień pełni rolę potężnej tamy, chroniącej przed najcięższym atakiem diabła. Kiedy jednak nastąpi jego ostateczne uwolnienie? Kiedy, inaczej mówiąc, zostanie usunięta owa tama chroniąca przed rozszerzeniem się zła? Wystarczy wsłuchać się w słowa Jezusa, żeby to zrozumieć. W swych mowach apokaliptycznych Pan rzeczywiście mówi o oziębieniu wiary jako znaku czasów ostatecznych. Możemy więc domyślać się, że zło będzie mogło swobodnie się szerzyć, gdy zabraknie wiary, gdy Kościół ulegnie wewnętrznie osłabieniu i — mimo iż pozostanie mała trzódka wiernych kierowanych przez Ojca Świętego — demon się uwolni i pozornie będzie bliski zwycięstwa. W tym momencie przybędzie jednak Chrystus w potędze i chwale po to właśnie, żeby unicestwić fałszywą i przewrotną moc Szatana. Madonna wiele razy powtarzała w Medjugorie, że przychodzi do nas, ażeby w nas rozbudzać wiarę, przygotować zastępy swych wiernych i w ten sposób umocnić naszą nadzieję, że moce piekielne nie zwyciężą i Chrystus przyjdzie osobiście, żeby zbawić świat. Tutaj ponownie pojawia się element mający podstawowe znaczenie dla poprawnego zrozumienia mowy o powrocie Chrystusa: wolność człowieka. Chrystus implicite wskazał na nią, zapowiadając, że Ewangelia będzie głoszona na całym świecie, co jednak nie oznacza automatycznego powszechnego nawrócenia; wyraźnie powiedział, że kto nie uwierzy, ten skaże się na potępienie. Podobnie też wolność i odpowiedzialność każdego człowieka będą się przyczyniały do zrealizowania zbawczego zamysłu Bożego. Każdy może przecież dobrowolnie odpowiedzieć na zaproszenie Pana albo je odrzucić; może Go przyjąć jako Króla Pokoju, ażeby ten nasz czas stał się wiekiem pomyślności i pokoju. Krótko mówiąc: Jezus oczekuje naszego dobrowolnego, zdecydowanego „tak” wobec Jego planu pokonania Złego. Moglibyśmy nawet powiedzieć, że spełnienie się tego wszystkiego zależy właśnie od naszego przylgnięcia do Pana. Dlatego Jezus nigdy nie objawia „dnia”; nie jest to data oznaczona a priori w kalendarzu, jest to raczej moment uzależniony także od naszej dobrowolnej odpowiedzi na wezwanie Jezusa do uczestnictwa w definitywnym zwycięstwie nad demonem. Bóg niewątpliwie zna ten dzień, ponieważ On istnieje poza czasem, jednak owa „ostatnia godzina”, to termin kiełkujący w sercach. W związku z tym warto przypomnieć tutaj ideę przychodzenia Chrystusa „w międzyczasie”, o którym Benedykt XVI pisał w drugiej części swej książki Jezus z Nazaretu. Niektórzy uczeni przez ten adventus medius rozumieją rzeczywisty powrót Jezusa, który na pewien czas założyłby na ziemi swe królestwo; usunąłby wtedy działanie Złego, a niektórzy dodają nawet, że również panowanie papieża, bo skoro byłby osobiście obecny sam Chrystus, nie miałaby sensu działalność Jego ziemskiego zastępcy... Ja jednak opowiadam się za Benedyktem XVI (tego tylko by brakowało, żeby było inaczej!), który to „przyjście w międzyczasie” interpretuje w inny sposób, twierdząc, że w czasie odkupienia, czyli między jednym a drugim przyjściem Jezusa, Pan przychodzi na rozmaite sposoby, które pokrywają się z Jego nadzwyczajnym wkraczaniem w historię celu wspierania Kościoła. Wtedy to Duch Święty wybiera niezwykłe postaci, na przykład takich gigantów świętości jak święty Benedykt czy święty Franciszek z Asyżu. W takich momentach posyła także z nieba Maryję jako nadzwyczajną orędowniczkę, jak to ma miejsce w wyjątkowy sposób w tych ostatnich trzydziestu latach w Medjugorie. Wracając do mocy i chwały znamionujących drugie przyjście Jezusa, za stosowne uważam przytoczenie tego, co sam Pan zapowiada w Ewangelii: „A Jezusa zaprowadzili do najwyższego kapłana, u którego zebrali się wszyscy arcykapłani, starsi i uczeni w Piśmie. [...] Wtedy najwyższy kapłan wystąpił na środek i zapytał Jezusa: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciw Tobie?» Lecz On milczał i nic nie odpowiedział. Najwyższy kapłan zapytał Go ponownie: «Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Błogosławionego?» Jezus odpowiedział: «Ja jestem. Ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi». Wówczas najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Słyszeliście bluźnierstwo. Cóż wam się zdaje?» Oni zaś wszyscy wydali wyrok, że winien jest śmierci”. (Mk 14, 53—64). W tych słowach Jezus tylko odnosi do siebie samego przytaczane już wcześniej proroctwo Daniela: „Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie.” (Dn 7, 13—14). Z fragmentów tych widać jasno, że powtórne przyjście Jezusa nosi znamiona niezwykłości i definitywności — panowanie i przyjście na obłokach — które odróżniają je od wzmiankowanych wcześniej przyjść „w międzyczasie”. Zwróćmy przede wszystkim uwagę na to, że zapytany, czy jest Chrystusem, Jezus odpowiada, przytaczając te wersety z Księgi Daniela, które w uszach każdego Żyda brzmiały jak potwierdzenie faktu, że Jezus uważał siebie za Boga. Sformułowania proroka: „wieczne panowanie” i „królestwo, które nie ulegnie zagładzie” wyraźnie wskazują na atrybuty boskości. W ten sposób Chrystus daje do zrozumienia, że nie jest zwyczajnym posłańcem Boga, jakimi mogli być wszyscy poprzedzający Go prorocy, lecz jest Synem Bożym i samym Bogiem. Widać tutaj radykalną zmianę postawy w zestawieniu z tą, jaką ziemski Jezus prezentował podczas całej swej egzystencji w ciele między ludźmi — z postawą głębokiej pokory. Jezus, Syn cieśli, przez trzydzieści lat prowadzi życie ukryte, następnie wędruje po miastach i wioskach z niewielką grupką najwierniejszych i kończy swe życie na krzyżu pomiędzy dwoma przestępcami. Ze słów proroka Daniela, które Jezus odniósł do siebie, emanuje natomiast perspektywa triumfu, chwały i mocy Chrystusa. Przypisuje On sobie pełnię Boskiej władzy: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi” (Mt 28, 18). Jezus przedstawia siebie jako Tego, który przychodzi „na obłokach nieba”; zwrot ten wskazuje, że zstępuje On z nieba, z miejsca należnego przede wszystkim Bogu, a więc przychodzi od Boga, ponieważ sam jest Bogiem. Gdy dalej czytamy słowa Jezusa twierdzącego o sobie, że zasiada „po prawicy Wszechmocnego”, zauważamy, że posługuje się tu terminem dobrze wtedy znanym, ponieważ naród żydowski przez słowo „Wszechmocny” rozumiał Pana, Tego, którego nie wolno było nazywać po imieniu. Dodajmy jeszcze jedno. Zapytany, czy jest Mesjaszem, Jezus odpowiada „Jestem”. Jest to przekład bardziej poprawny niż „Jestem nim”. Różnica ta nie jest bez znaczenia, ponieważ „Jestem” to słowo, którym posłużył się Bóg, przedstawiając się Mojżeszowi przy płonącym krzewie: „Mojżesz zaś rzekł Bogu: «Oto pójdę do Izraelitów i powiem im: Bóg ojców naszych posłał mię do was. Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, to cóż im mam powiedzieć?» Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: «JESTEM, KTÓRY JESTEM». I dodał: «Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was».” (Wj 3, 13—14). Rozumiemy teraz, że przedstawiając się w ten sposób, Jezus wskazał bezpośrednio, że jest Bogiem. W całym swym życiu publicznym Jezus stopniowo objawiał swoją boskość — przez dokonywanie cudów, egzorcyzmy nad opętanymi przez demony, mądrość swej nauki, świętość swego życia. Nadchodzi jednak moment, kiedy Pan bezpośrednio ogłasza, że jest Bogiem, a czyni to, posługując się tymi właśnie zwrotami, które w uszach ówczesnego Żyda odnosiły się jednoznacznie do Jahwe. Szczególny wydźwięk ma tutaj zwrot „na obłokach”, który przytacza również Apokalipsa świętego Jana: „Oto nadchodzi z obłokami, i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak: Amen. Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, Który jest, Który był i Który przychodzi, Wszechmogący.” (Ap 1, 7—8). Powiedzieliśmy już: otwieranie się nieba wskazuje, że stamtąd — z królestwa Boga — zstępuje Pan. Dlatego też jeśli Jezus mówi, że wróci w chwale i mocy, jeśli dodaje, że to Jego drugie przyjście będzie „na obłokach nieba”, potwierdza tym samym, że jest Bogiem. Tutaj jednak, moim zdaniem, trzeba zachować ostrożność: nie należy uważać, że to przyjście Pana z nieba oznacza, że wtedy nie będzie już można się nawracać. Przeciwnie, właśnie gdy powróci Chrystus, znajdą się tacy, którzy na widok Jego mocy i chwały wykorzystają tę ostatnią możliwość, uderzą się w piersi, okażą skruchę z powodu swych grzechów i dostąpią wiecznego zbawienia. Podobnie też, kiedy na wzgórzu Medjugorie ukaże się znak przyobiecany przez Królową Pokoju, wiemy, że — mimo jego wyraźnie Boskiego charakteru — wielu „nie uwierzy” (orędzie z 19 lipca 1981). Tym niemniej nie możemy uznać, że ci ludzie już nie mogą się nawrócić, bo — trzeba to wyraźnie stwierdzić — póki życia, póty nadziei. Do ostatniej chwili człowiek ma możność wrócić do Boga, okazać skruchę, a więc dostąpić zbawienia. I jest to nadzwyczajny dar Bożego miłosierdzia. W przytoczonych przed chwilą wersetach Księgi Apokalipsy zawarta jest, jak mi się wydaje, aluzja do jednego ze znaków, które poprzedzą powtórne przyjście Chrystusa, a mianowicie do powrotu Izraela do wiary. Dostrzegam ją tam, gdzie czytamy: „i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi” (Ap 1, 7). Wydaje mi się, że te słowa są nawiązaniem nie tylko do powszechnej możliwości nawrócenia, o której wcześniej mówiłeś, ale w szczególności do — zapowiedzianego przez samego Jezusa — wydarzenia „powrotu” narodu wybranego do wiary chrześcijańskiej. Interesujący jest dla mnie także obraz przyjścia na obłokach z nieba, które się otwiera, żeby Bóg zstąpił na ziemię, ponieważ wydaje mi się, że to właśnie dokonało się w tajemnicy Wcielenia, kiedy Wiekuisty wszedł w czas i Bóg stał się człowiekiem... W powtórnym przyjściu mamy jednak do czynienia z czymś radykalnie odmiennym: niebo otworzy się nie tylko po to, żeby Bóg mógł zstąpić na ziemię, ale także by mogła do niego zostać potem przyjęta ludzkość (ci, którzy uwierzą) wezwana do uczestniczenia w wiecznej szczęśliwości, zgodnie z początkowym planem Bożym. Otwarcie nieba różniłoby się przez to od pierwszego przyjścia, mającego na celu odkupienie i wybawienie od grzechu: „A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują.” (Hbr 9, 26—28). Te wersety Listu do Hebrajczyków wyjaśniają, że grzech został odkupiony we Wcieleniu, śmierci na krzyżu i Zmartwychwstaniu Jezusa. Chrystus powróci na ziemię przy końcu czasów, ażeby osądzić, jak ludzie przyjęli to odkupienie. Świętej Faustynie Kowalskiej powiedział, że w owym momencie historycznym (w latach trzydziestych) przychodzi jako Król Miłosierdzia, zanim przyjdzie jako Król Sprawiedliwości. Jest to istotny szczegół mający odpowiednik w tym, co już powiedzieliśmy: Jezus nie powróci jako Sędzia surowy i nieznający ludzkiego losu, lecz jako Sędzia miłosierny, który zanim odpłaci wszystkim odpowiednio do ich wiary i uczynków, najpierw skieruje do każdej duszy serdeczne wezwanie, żeby się nawróciła, uwierzyła i zbawiła. Na czym będzie polegała sprawiedliwość Bożego sądu? Na tym, że Bóg weźmie pod uwagę decyzje serca każdego człowieka i odłączy tych, którzy przyjęli Jego miłość, od tych, którzy do samego końca ją odrzucali. Na tym właśnie będzie polegać sens powtórnego przyjścia Chrystusa: Bóg swym autorytetem dokona definitywnego, nieodwołalnego podziału ludzi na tych, którzy przyjęli Jego miłosierdzie, i tych, którzy je nieodwołalnie odrzucili. Wracając do cech charakterystycznych paruzji, możemy jeszcze dodać, że powrót Chrystusa w mocy zbiegnie się z poddaniem całego stworzenia — przedtem poddanego przemijaniu i działaniu Złego — panowaniu Boga: „Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa, w czasie Jego przyjścia. Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc. Trzeba bowiem, ażeby królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy. Jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć. Wszystko bowiem rzucił pod stopy Jego. Kiedy się mówi, że wszystko jest poddane, znaczy to, że z wyjątkiem Tego, który mu wszystko poddał. A gdy już wszystko zostanie Mu poddane, wtedy i sam Syn zostanie poddany Temu, który Synowi poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkich.” (1 Kor 15, 20—28). To poddanie całego świata Chrystusowi będzie definitywnym dopełnieniem dzieła Stworzenia i Odkupienia. Z owym przywróceniem panowania Boga nad stworzonym światem wiąże się jednoczesne definitywne usunięcie zła. W gruncie rzeczy taka właśnie jest perspektywa powrotu Chrystusa: triumf nad demonem odniesiony w eschatologicznej walce. W ostatnich dwóch wiekach ukazywanie się Maryi wydobyło na światło dzienne ataki Złego we współczesnym świecie. Od objawień z ulicy du Bac, gdzie Dziewica miażdży głowę węża opasującego swymi zwojami naszą planetę, po ukazywanie się w Medjugorie, gdzie Królowa Pokoju powiedziała, że Szatan został już „uwolniony z więzów”, Madonna nieustannie ostrzega nas przed knutymi przez diabła planami zniszczenia świata i pogrążeniu go śmierci wiecznej. Sama też Madonna zapowiada triumf swego niepokalanego Serca, ponieważ ukazuje się z wieńcem gwiazd na głowie — Ona, Królowa niebios. Uwaga jednak! Kiedy w najbliższej przyszłości dobiegnie końca czas tajemnic i upłynie przyobiecany przez Dziewicę Maryję czas pokoju, diabeł nie zostanie od razu usunięty, lecz będzie przejawiał aktywność do końca czasów. Dopiero wtedy zostanie definitywnie pokonany. Dlatego właśnie Jezus mówi o swym powrocie w mocy: chce pokazać — powtarzam — że wszechmoc Boża raz na zawsze zniszczy moc Szatana. Aktywność demona w przyobiecanym przez Maryję w Medjugorie czasie pokoju potwierdza jeszcze słynne orędzie Królowej Pokoju z 14 kwietnia 1982 roku, z którego dowiadujemy się, że po upływie okresu dziesięciu tajemnic władza Szatana zostanie „osłabiona”. Widzieliśmy już, że bardziej poprawny jest przekład uwzględniający lepszą teologiczną interpretację tego orędzia, zgodnie z którą w Medjugorie Madonna poprowadzi wierzących do wielkiego zwycięstwa nad Złym, jednak nie będzie ono jeszcze definitywne, ponieważ pozwolono Szatanowi działać aż do powrotu Chrystusa. Przypomnijmy sobie jeszcze motyw tego zezwolenia Bożego na działanie zła: chodzi o to, żeby każdy człowiek mógł toczyć osobistą walkę duchową i tym samym uczestniczyć osobiście i odpowiedzialnie w zwycięstwie Chrystusa. Zjednoczeni z Nim w Męce i Krzyżu, będziemy z Nim zjednoczeni również w chwalebnym zmartwychwstaniu. opr. ab/ab
Translations in context of "powrót Pana Jezusa" in Polish-English from Reverso Context: Dojdą oni do takiego stanu rozpaczy, że jedyną ich nadzieją będzie powrót Pana Jezusa.
.